Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
ROZMYŚLAJCIE NAD MOWĄ - GDZIE PAN NAZBIERAŁ TYLE MAŚLAKA?
Wiedza i Życie nr 11/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/2000

Wysłuchałem niedawno w telewizji dramatycznej relacji o zatruciu pewnego akwenu w Polsce. Jeden z narratorów sugestywnie opowiadał, jak "zdechły węgorz sam wypływał na powierzchnię wody", a inni uściślili, że "tak samo leszcz, sum, karp, szczupak". Mnie zaś w tym momencie przypomniała się podsłuchana rozmowa z tramwaju wrocławskiego, a konkretnie - pytanie zadane przez starszego mężczyznę dzielnemu grzybiarzowi, który wiózł pełne wiadro "urobku": "Gdzie pan nazbierał tyle maślaka?".

I wtedy w tramwaju, i teraz przed telewizorem uzmysłowiłem sobie, jak silny jest wpływ polszczyzny urzędowej, branżowej na codzienne zachowania językowe rodaków. Kiedy na dodatek do mojej "Ojczyzny polszczyzny" napłynął list z metką "szproty wędzonej", postanowiłem niezwłocznie zasiąść do napisania niniejszego artykułu.

Mówiąc o oddziaływaniu polszczyzny oficjalnej, mam - oczywiście - na myśli wszystkie zacytowane wyżej formy liczby pojedynczej. Wszak w codziennych, zwykłych kontaktach komunikacyjnych przeciętny Polak od wieków mówił, że "zdechłe węgorze same wypływały, tak samo leszcze, sumy, karpie, szczupaki", że "ma ochotę na wędzone szproty, szprotki" (przy czym szprot jest rodzaju męskiego, a szprotka rodzaju żeńskiego), i zawsze pytał: "gdzie nazbierałeś tyle maślaków?". Ponieważ jednak w stylu urzędowym obowiązuje w nazwach asortymentów liczba pojedyncza, przenika ona nawet do - wydawałoby się - spontanicznych wypowiedzi, i to o wyjątkowej sile ekspresji. Pamiętam, jak jeden z rybaków mówił kiedyś w radiu o "zatrzęsieniu dorsza"; proszę zauważyć: z jednej strony zatrzęsienie w znaczeniu "mnóstwo", a w połączeniu z nim nie pluralne dorsze, ale singularny dorsz!

O podobnym braku logiki można mówić w odniesieniu do bazarowych tabliczek typu "cytryna - 3 zł", "rodzynka - 4 zł" czy "banan - 2 zł". Czyżby jedna cytryna kosztowała 3 złote, a jedna rodzynka 4 złote?! Na szczęście wszyscy rozumieją, że chodzi o cenę kilograma towaru. I na odwrót: nigdy jeszcze nie spotkałem napisu "jajko (jajo) - 20 gr", tylko zawsze "jajka (jaja) - 20 gr". Mimo to każdy wie, że to jedno jajko kosztuje 20 gr.

W ogóle trudne są w tym wypadku rozważania o konsekwencji, skoro raczej raziłaby "sprzedaż marchewek", a nie razi "sprzedaż selerów, pomidorów, porów".

Bo też i nie popierając uoficjalniania codziennych wypowiedzi takimi konstrukcjami, jak wyżej cytowane, trzeba powiedzieć, że posługiwanie się określeniami owoców i warzyw w liczbie pojedynczej wspierane jest tym, że wiele z nich - w znaczeniu zbiorowym - ma nazwy wyłącznie w tej liczbie. Mówimy przecież "uprawa marchewki", "sprzedaż pietruszki", "sałata z groszkiem i fasolą" i nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby uznać takie formy za dziwne czy niepoprawne.

Wracając zaś jeszcze do owej nieszczęsnej a komicznej "szproty wędzonej", trzeba dopowiedzieć, że nie jest ona tylko przykładem zwykłego pomieszania rodzajów gramatycznych, lecz także rezultatem działania mechanizmów stylu urzędowego, oficjalnego. Unika się w nim przecież jak ognia wszelkiego rodzaju zdrobnień. Ponieważ żeńska szprotka ma w sobie cząstkę morfologiczną -ka (a ta kojarzy się z lampką, szafką, rączką, dróżką itp.), zdecydowano się na "dostojniejszą" szprotę! Podobnie silnie zadomowione w języku potocznym rzeczowniki skarpetka, firanka czy rogalik w języku handlowym muszą brzmieć poważnie, dostojnie i przyjmują tam postacie skarpeta, firana, rogal. Stąd i popularne szyldy "Prężenie firan" (tymczasem firanka w ogóle nie jest zdrobnieniem; wywodzi się z niemieckiego Vorhang). W wypadku skarpet doszło zresztą do semantycznego uściślenia: dla przeciętnego Polaka są one synonimem czegoś grubego, wełnianego, do zimowego buta, podczas gdy tradycyjne skarpetki - czegoś lekkiego, krótkiego, na pewno nie na zimę.