Twoja wyszukiwarka

JACEK TYCZKOWSKI
WIARA CZYNI CUDA
Wiedza i Życie nr 12/2000
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/2000

Homeopatia cieszy się coraz większą popularnością. Czy istnieją jakiekolwiek naukowe podstawy działania preparatów homeopatycznych, którym wielu ludzi ufa bardziej niż racjonalnej współczesnej farmakologii, chętnie powierzając im swe zdrowie i życie?

Historia tego artykułu zaczęła się podczas wykładu na kursie homeopatii, zorganizowanym przez znaną firmę z tej branży. Jeden z młodych słuchaczy zapytał, jaki jest właściwie mechanizm działania leków homeopatycznych, skoro stężenia zawartych w nich substancji leczniczych są tak małe, że praktycznie nie zawierają nawet jednej ich cząsteczki. Zamiast rzeczowej odpowiedzi usłyszał, że dla przyszłych homeopatów nie jest to ważne; powinni natomiast wiedzieć, który lek na co zaordynować, i to wszystko. Młody człowiek był jednak uparty i ciągnął dalej: "Chemicy twierdzą, że mówienie o tak niskich stężeniach nie ma zupełnie sensu... Z chemikami nie należy o tym rozmawiać. To nie ich dziedzina! A poza tym, jeśli się nie chcą w ten sposób leczyć, to niech się nie leczą" - usłyszał od zniecierpliwionej prelegentki. Wydarzenie to zaintrygowało nas na tyle, że postanowiliśmy dowiedzieć się, jak nauka odpowiada na zadane przez kursanta pytanie.

Twórcą homeopatii jest Samuel Friedrich Christian Hahnemann (1755-1843), niemiecki lekarz i chemik. Był on wybitnym badaczem posiadającym gruntowną wiedzę z chemii, farmakologii i dietetyki. Niektóre epizody z jego życia do dziś wpływają na stosunek wielu ludzi do homeopatii. Choćby przyjaźń z Franzem A. Mesmerem i fascynacja jego nauką o magnetyzmie zwierzęcym". Samo nazwisko Mesmera kojarzone jest często z praktykami spirytystycznymi, a nawet satanizmem. Hahnemannowi przypisuje się też przynależność do loży masońskiej. Nie dziwi więc, że pojawiają się takie opinie: "Korzenie homeopatii tkwią w okultyzmie i jest ona na wskroś magiczna..." lub "Homeopatię praktykują niestety nawet chrześcijanie, otwierając się w ten sposób na działanie złych mocy, sił ciemności. A powinni być świadomi, że opiera się ona na fałszywych i niebiblijnych zasadach i zawodzi swych zwolenników...".

Pozostawmy jednak na boku dyskusje o okultyzmie i o tym, czy metoda leczenia homeopatycznego jest w sprzeczności z chrześcijaństwem, choć i z takim jak widać podejściem można się spotkać. Zajmijmy się natomiast racjonalną stroną tej problematyki.

Chinina leczy i truje

Medycyna w czasach Hahnemanna mogła zaoferować choremu niewiele - oprócz kilku specyfików, głównie lewatywę i upuszczanie krwi. Pojawienie się nowej, obiecującej metody leczenia dawało wielką szansę na jej powszechne zastosowanie. Na takim właśnie gruncie wyrosła homeopatia.

Wszystko zaczęło się od spostrzeżenia, jakiego Hahnemann dokonał, porównując objawy zatrucia chininą u robotników pracujących przy jej produkcji z objawami malarii. Wniosek był prosty: chinina, którą stosuje się jako lek przeciw malarii, u zdrowego człowieka, może wywołać objawy podobne do symptomów tej choroby. Na tej podstawie powstała właśnie zasada podobieństwa, czyli similia similibus curantur - podobne leczy się podobnym. Stąd też wzięła się nazwa "homeopatia" (z greckiego homoios - podobny i pathos - choroba).

Hahnemann rozpoczął doświadczenia mające potwierdzić powyższą zasadę. Wypróbował toksyczne działanie chininy na sobie, później badania powtórzył na swych współpracownikach, rozszerzając je na wiele innych substancji, m.in. rtęć, wilczą jagodę, naparstnicę. Szukał chorób, których objawy były takie, jak te spowodowane zatruciem daną substancją, a następnie próbował je leczyć tymi właśnie substancjami. Podawał chorym coraz bardziej rozcieńczone roztwory leku, wierząc, że zmniejsza w ten sposób jego toksyczność, pozostawiając jednak, a nawet zwiększając właściwości lecznicze. Po wielu badaniach uznał, że najbardziej skuteczne są dawki praktycznie nieskończenie rozcieńczone. Tak doszliśmy do drugiej zasady homeopatii - zasady wysokich rozcieńczeń.

W 1796 roku Hahnemann ogłosił wyniki swoich badań i sformułował główne tezy homeopatii. Czternaście lat później wydał fundamentalne dzieło "Organon racjonalnej sztuki lekarskiej" zawierające zarówno teoretyczne, jak i praktyczne podstawy techniki leczenia homeopatycznego. Od tej pory do dnia dzisiejszego na świecie napisano ogromną liczbę książek i publikacji o homeopatii, ale podstawowe założenia tej metody leczenia nie zmieniły się od 200 lat!

Coś, czego nie ma

Aby nie było nieporozumień, należy od razu podkreślić, że homeopatia nie ma nic wspólnego z ziołolecznictwem, choć bardzo często surowce czerpie ze świata roślin. Wykorzystuje także substancje pochodzenia zwierzęcego i mineralnego.

Analizując mechanizm działania leków homeopatycznych, należy wyróżnić wśród nich dwie grupy, czego na ogół homeopaci nie robią, prowadząc w ten sposób, być może umyślnie, do nieporozumień. Pierwsza grupa to preparaty, które zawierają w dawce niewielką, ale mierzalną ilość substancji czynnej, choćby takie jak witamina B12 [patrz: "Witaminomania", WiŻ nr 1/2000], wystarczającej do tego, aby nasz organizm działał poprawnie. Jeśli więc nawet zostanie udowodnione, że lek homeopatyczny (należący do grupy o niewielkim stopniu rozcieńczenia) wykazuje działanie farmakologiczne, nie powinno w tym być nic nadzwyczajnego. Mieści się to w granicach naszego poznania. Znacznie większe emocje budzi natomiast druga grupa leków, w których stężenia czynnej substancji nie dają szansy na znalezienie w nich choćby jednej jej cząsteczki. Jakim cudem pełnią one rolę lekarstwa?

Pamięć wody

Trzeba przyznać, że teoria pamięci wody, ogłoszona w 1988 roku, wzbudziła ogromne zainteresowanie i wywołała szeroką dyskusję. Gdyby okazała się prawdziwa, nie tylko homeopatia uzyskałaby solidne podstawy naukowe, ale zmianie musiałyby ulec podstawy naszej wiedzy przyrodniczej. Jej twórcą był Jacques Benveniste - jeden z czołowych immunologów francuskich. Udowadniał on, że woda potrafi zapamiętać, z jaką substancją była w kontakcie, i zachować jej właściwości nawet wtedy, gdy substancja ta jest już nieobecna. Warunkiem zapamiętania jest silne wstrząsanie każdego z roztworów podczas kolejnych rozcieńczeń, a tak właśnie produkowane są leki homeopatyczne.

Trzeba przyznać, że była to zdumiewająca koncepcja, bo nie znajdowała żadnych podstaw w naszej wiedzy fizykochemicznej. Musimy jednak pamiętać, iż poznanie natury bierze się przecież z eksperymentu, a ten został wykonany. Tyle tylko... że żadne inne liczące się laboratorium na świecie do dziś nie potwierdziło wyników Benveniste'a. Doświadczeń wykonano wiele, wszystkie jednak zakończyły się niepowodzeniem. Szeroka dyskusja na ten temat doprowadziła nawet do przyznania profesorowi Benveniste w 1991 roku nagrody Ig-Nobel, czyli anty-Nobla. Wręcza się ją uroczyście co roku - na Uniwersytecie Harvarda - autorom badań, których wyników nie udało się w żaden sposób powtórzyć lub nie warto ich w ogóle powtarzać.

Dwukrotny laureat

Prof. Benveniste nie dał jednak za wygraną. Rozwija teorię "pamięci wody" i co jakiś czas publikuje nowe, zaskakujące wyniki. Według jego najnowszej koncepcji cząsteczki związków chemicznych wysyłają stale specyficzne promieniowanie elektromagnetyczne, coś w rodzaju zakodowanej informacji o sobie. Promieniowanie to absorbowane jest przez cząsteczki wody i w ten sposób zapisana w nich zostaje informacja o danym związku. Po usunięciu tego związku w wodzie pozostaje informacja o jego właściwościach.

Jeśli tak jest, można by spróbować przesłać taką informację na odległość. Benveniste umieścił więc antenę własnej konstrukcji w naczyniu z biologicznie czynnym związkiem i nagrał "odgłosy" tej substancji. Następnie nagranie wyemitował przez inną antenę zanurzoną w czystej wodzie. Woda przejęła, według niego, biologiczną aktywność związku! Autor twierdzi, że w ten sposób można przekazywać lecznicze właściwości różnych substancji, na przykład telefonicznie lub pocztą elektroniczną. Podobno z powodzeniem, za pomocą poczty elektronicznej, przekazano aktywność pewnej substancji biologicznej z Chicago do Paryża.

8 października 1998 roku badaczowi przyznano drugą nagrodę anty-Nobla. Gdyby miało być prawdą to, co mówi Benveniste, należałoby wyrzucić do kosza całą dotychczasową wiedzę o budowie cząsteczek chemicznych.

Preparat dobry na wszystko

Fascynująca koncepcja "pamięci wody", która po udowodnieniu spowodowałaby przewrót w nauce, pociąga wielu badaczy. Sprzyjają temu ogromne pieniądze przemysłu leków homeopatycznych, tak bardzo potrzebującego naukowych podstaw dla swojej działalności. Niestety, jak dotąd sukcesy odnoszą raczej paranaukowcy, którym udaje się czasem nawet wydrukować w powszechnie uznawanych czasopismach naukowych swoje pseudonaukowe artykuły.

Niewątpliwie taki właśnie sukces osiągnął dr Shui-Yin Lo, fizyk chińskiego pochodzenia pracujący w USA. W 1996 roku opublikował prace, w których udowadnia istnienie nowej stabilnej struktury tworzącej się z cząsteczek wody pod wpływem stopniowego rozcieńczania i wytrząsania roztworów zawierających związki jonowe. Struktura ta ma postać mikroskopijnych kryształków lodu nie rozpuszczających się w temperaturze pokojowej. Liczba merytorycznych błędów i wniosków zupełnie bez pokrycia na tyle dyskryminuje te prace, że prócz gorących zwolenników homeopatii nikt właściwie nie podjął dyskusji na ten temat.

Nie przeszkodziło to jednak doktorowi Shui-Yin Lo w czerpaniu ze swego "odkrycia" niemałych zysków. Firma ATEG z Kalifornii, której dyrektorem do spraw naukowych jest właśnie dr Lo, rozpoczęła produkcję preparatu nazwanego "ForceTM", który zawiera tę właśnie "niezwykłą" strukturę wody. Dodany do paliwa, ma znacznie zmniejszać zawartość trujących gazów w spalinach samochodowych (np. CO o 32.6%!) oraz przedłużać żywot silnika. Z kolei włożony do pralki zastępuje detergenty i nareszcie pranie jest śnieżnobiałe! Kulka z preparatem, reklamowana jako technologia XXI wieku, kosztuje tylko... 100 dolarów, ale jest za to wielokrotnego użytku.

Próby wyjaśnienia działania leków homeopatycznych ograniczają się obecnie do przytaczania rozmaitych argumentów potwierdzających istnienie zjawiska "pamięci wody". W jednych przypadkach oparte są one jednak na niewłaściwej interpretacji obserwowanych efektów lub po prostu błędach w sztuce eksperymentalnej (np. wstrząsanie świeżo destylowanej wody powoduje rozpuszczanie w niej gazów z powietrza, co zmienia jej fizykochemiczne właściwości, o czym niektórzy zapominają). W innych są całkowicie niedorzeczne, gdyż zakładają na przykład zachodzenie reakcji jądrowych czy emisję specyficznego, nieznanego do tej pory promieniowania. Tak czy owak, współczesna nauka nie znalazła na razie żadnego dowodu, że lek homeopatyczny, w którym nie ma śladów pierwotnie rozpuszczonej substancji, różni się czymkolwiek od czystego rozpuszczalnika.

Nadzieja w nieznanym

Gdyby leki homeopatyczne nie pomagały chorym, czy byłoby ich tak wiele i czy byłyby tak powszechnie stosowane? - pytają homeopaci, argumentując w ten sposób za skutecznością tej metody leczenia. Czy fakt, że nie znamy na przykład mechanizmu hamującego wpływu poczciwej aspiryny na rozwój pewnych odmian raka - mimo doniesień o jej skuteczności - dyskryminuje całkowicie jej stosowanie w tym charakterze? - dodają [patrz: "Jak to jest z aspiryną?", WiŻ nr 9/1998].

Stosowanie homeopatii jest obecnie rzeczywiście dość powszechne. Szczególnie podatny grunt znalazła we Francji, Niemczech, Belgii i Włoszech. We Francji około 40% pacjentów używa regularnie produktów homeopatycznych, a ponad 3 tys. lekarzy praktykuje ją na co dzień. W Niemczech na ogólną liczbę zarejestrowanych w 1992 roku 56 tys. medykamentów 22 tys. były preparatami homeopatycznymi! Francuskie i niemieckie kasy chorych zwracają też koszty leczenia homeopatycznego.

Firma Boiron, światowy potentat w produkcji leków homeopatycznych, w 1998 roku osiągnęła sprzedaż w wysokości blisko 1.5 mld franków francuskich, a w roku następnym zwiększyła ją jeszcze o 10%. Dwie trzecie tych preparatów wydano na recepty, a więc zostały zaordynowane przez lekarzy.

W Polsce rynek leków homeopatycznych również ostatnio rozwija się bardzo szybko. Zgodnie z obowiązującym prawem, ich wprowadzenie do obrotu nie wymaga wpisu do Rejestru Środków Farmaceutycznych, a więc przeprowadzenia całej skomplikowanej procedury badawczej. Właściciele aptek wiedzą, że uzupełnienie asortymentu o takie preparaty zwiększa dochody o 10-15%. Czy coraz szersze przekonanie o skuteczności leków homeopatycznych znajduje jednak uzasadnienie w świetle badań klinicznych?

Siarka i sól morska

Homeopaci twierdzą, że skuteczność leku homeopatycznego zależy od indywidualnych cech chorego, co w praktyce utrudnia przeprowadzenie badań statystycznych. Nieskuteczność zawsze można zwalić na niewłaściwe rozpoznanie przez lekarza "indywidualności" chorego. W 1996 roku Parlament Europejski wydał ponad milion dolarów na prace 16-osobowej grupy ekspertów, których zadaniem było ustalenie, czy ma sens rozpoczynanie zakrojonych na wielką skalę systematycznych badań klinicznych dotyczących homeopatii. Połowę grupy stanowili zdecydowani przeciwnicy tej metody leczenia, resztę - jej zdecydowani zwolennicy.

Mimo wielu kontrowersji, eksperci doszli do jednego wspólnego wniosku: nic nie stoi na przeszkodzie, aby skuteczność preparatów homeopatycznych była testowana klinicznie tak, jak robi się to w przypadku konwencjonalnych leków. Jedynym warunkiem jest ścisłe przestrzeganie wszystkich zasad prowadzenia takich badań. W literaturze naukowej znaleziono ponad 150 publikacji opisujących wykonane już tego typu badania. Niestety, wszystkie przeprowadzono nieprawidłowo, więc wnioski z nich (oczywiście, o dużej skuteczności leków homeopatycznych) są bezpodstawne - stwierdzili eksperci z Unii Europejskiej. Czy rozpoczęte zostaną więc badania kliniczne z prawdziwego zdarzenia? Jak na razie przeważają głosy, że szkoda na to pieniędzy.

W dyskusji tej dość znamienne wydają się wyniki pewnego testu przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii, opublikowane w jednym z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie - Nature. W ramach testu przygotowano 20 jednakowych butelek, które napełniono dwoma lekami homeopatycznymi: dziesięć jednym, pozostałe drugim. Butelki miały tylko numery, nikt więc poza przygotowującym zestaw nie wiedział, co znajduje się w każdej z nich. Do badania wybrano "Natrium muriaticum", czyli sól morską, i Sulfur", czyli siarkę. Ich rozcieńczenia wynosiły 30CH (były więc 1060-krotne!). Obydwa te leki, według homeopatów, różnią się zasadniczo właściwościami, a zarazem są bardzo aktywne. Bez trudu więc powinno dać się je rozróżnić podczas stosowania w leczeniu.

Poproszono znanego homeopatę o rozszyfrowanie, które zawierają jedno, a które drugie lekarstwo. Wyniki uzyskane po 9 latach badań nie były zaskoczeniem. Trafnych odpowiedzi była połowa, czyli tyle, ile wówczas, gdy są udzielane zupełnie przypadkowo. Leków nie tylko nie rozróżniono - test pokazał, że w takim samym stopniu pomagało zastosowanie właściwego, jak i niewłaściwego preparatu!

Wiara czyni cuda

Skąd więc bierze się tak wielkie zainteresowanie homeopatią i wiara w jej możliwości lecznicze? Przede wszystkim z poważnej, naukowej atmosfery, jaką się wokół niej kreuje, i oczywiście... odpowiedniej, nie liczącej się z pieniędzmi reklamy. Mówienie o nowych, nieznanych do tej pory zjawiskach, popartych niezwykle uczonymi wywodami, pobudza naszą wyobraźnię i daje nadzieję na wyleczenie tego, z czym współczesna medycyna nie potrafi sobie poradzić. Jeśli do tego dodać odpowiednio przedstawione informacje o wspaniałych wynikach takiego leczenia i braku jakichkolwiek skutków ubocznych, nietrudno namówić do sięgnięcia po leki homeopatyczne.

Medycyna zna jednak wiele przypadków, kiedy substancja zupełnie obojętna farmakologicznie, podana jako lek, wykazuje korzystny efekt leczniczy. Jest to tzw. efekt placebo [patrz: "Efekt placebo", Świat Nauki nr 3/1998]. Najważniejsza jest tu nasza wiara w skuteczność leczenia. Nie bez znaczenia jest też cały rytuał podania takiego specyfiku: uznany lekarz, wypisana recepta, odpowiednio wysoka cena leku, ostre rygory jego zażywania. Jest to zaskakujące, ale w niektórych przypadkach blisko 100% chorych poczuło poprawę po podawaniu im cukru w tabletkach. Oczywiście, pacjenci byli przekonani, że otrzymują jakiś nowoczesny, bardzo wartościowy lek. Co by jednak było, gdyby powiedziano im, że łykają zwykły cukier, który im nie pomoże? Zapewne rzeczywiście by nie poskutkował.

Z punktu widzenia etyki jest to jednak dość złożony problem. Czy lekarz może w celu wykorzystania efektu placebo przepisać lek, o którym wiadomo, że nie ma wartości leczniczej? Mówiąc o tym pacjentowi, powoduje, że lek staje się bezwartościowy, nie mówiąc - oszukuje go. Jeśliby jednak cukier nasączyć specjalnie przygotowywanym, wielokrotnie rozcieńczanym roztworem odpowiedniej substancji, a zarazem z pełnym przekonaniem twierdzić, że preparaty takie są aktywne farmakologicznie, tyle tylko, że mechanizm ich działania nie jest ciągle jeszcze znany... Dajemy wtedy lekarzowi pełne prawo do ordynowania takich leków. Mało tego, rozbudzamy w nim samym wiarę w skuteczność specyfiku.

Leki homeopatyczne pomogły do tej pory wielu ludziom i zapewne jeszcze wielu pomogą. Nie odzierajmy więc homeopatii do końca z jej tajemniczości. Pozostawmy nadzieję na to, że kryją się tu jakieś niewyjaśnione zjawiska. Jeśli wierzymy w lek homeopatyczny i czujemy, że nam pomaga, to go przyjmujmy. Nie rozmawiajmy tylko o tym z chemikami!

Proces produkcji leków homeopatycznych

Prześledźmy w skrócie najczęściej stosowaną metodę przygotowywania leku homeopatycznego. Jedną część wybranej substancji (pranalewki) rozpuszczamy w 99 częściach rozpuszczalnika i dokładnie wytrząsamy. Uzyskane rozcieńczenie oznaczamy jako 1CH. Stąd bierzemy jedną część i mieszamy, wytrząsając z kolejnymi 99 częściami rozpuszczalnika. W ten sposób otrzymujemy 2CH. I tak dalej. Nierzadko wykonuje się kilkanaście lub kilkadziesiąt kolejnych rozcieńczeń, nawet do dwustu. Łatwo obliczyć, że biorąc pranalewkę zawierającą jeden mol substancji leczniczej (czyli 6.02x1023 cząsteczek tej substancji), już po 12 rozcieńczeniach (czyli po rozcieńczeniu 1024-krotnym) otrzymamy preparat zawierający statystycznie mniej niż jedną jej cząsteczkę. Będzie to praktycznie czysty rozpuszczalnik! Jednak w czasie, gdy Hahnemann tworzył podstawy homeopatii, teoria atomistyczna dopiero się rodziła i nikt jeszcze nie słyszał o liczbie Avogadra. Kolejne rozcieńczenia miały zmniejszać stężenia substancji, aż do nieskończenie małych wartości. Dzisiaj wiemy, że to niemożliwe. O stężeniach zawierających statystycznie mniej niż jedną cząsteczkę substancji leczniczej w preparacie nie ma sensu mówić. Po prostu jej tam nie ma.

Główne surowce do produkcji leków homeopatycznych

  • Substancje pochodzenia roślinnego otrzymuje się przede wszystkim z całych roślin (np. rumianek, dziurawiec, arnika, pokrzyk wilcza jagoda, rosiczka), ale też i ich fragmentów (np. nasiona kasztanowca, zarodniki widłaka, korzeń rabarbaru, żywica modrzewia, kora drzewa chinowego). Materiał świeżo zebrany lub wysuszony maceruje się w alkoholu. Proces ten prowadzi się w pojemnikach szklanych lub ze stali nierdzewnej przez co najmniej 3 tygodnie. Następnie roztwór odcedza się i filtruje. Otrzymuje się w ten sposób tzw. pranalewkę.
  • Substancje pochodzenia zwierzęcego przygotowuje się z całych zwierząt (np. całe pszczoły, czerwone mrówki) - zmacerowane zalewa się alkoholem, podobnie jak w przypadku produktów roślinnych - także ich fragmentów (np. serce i wątroba dzikiej kaczki, wątroba królika) i wydzielin (np. jady węży, wydzielina gruczołu atramentowego mątwy).
  • Substancje pochodzenia mineralnego to minerały (np. naturalna siarka, sól morska, kryształ górski), nieorganiczne związki chemiczne (np. biały fosfor, złoto, selen, kwas azotowy, fosforan magnezu, cyjanek rtęci).
  • Substancje pochodzenia chorobowego (bioterapeutyki) przygotowuje się z produktów pochodzenia bakteryjnego (np. czyste hodowle bakterii), wydzielin chorobowych (np. ropa, plwocina) oraz płynów fizjologicznych chorego (np. krew, mocz).

Przykłady biologicznej aktywności niektórych substancji

Substancja Efekt Najmniejsze aktywne stężenie [mol/l]
katechina EGCG (z zielonej herbaty) hamowanie wzrostu niektórych nowotworów 10-8
somatostatyna redukcja syntezy immunoglobulin (IgE i IgG4) 10-12
substancja P uwalnianie interleukiny-2 10-15
leukotrieny uwalnianie hormonu luteinizującego 10-18 - 10-20
feromony impuls nerwowy 1 cząsteczka

Doc. dr hab. JACEK TYCZKOWSKI pracuje w Centrum Badań Molekularnych i Makromolekularnych PAN w Łodzi. Jest również profesorem Politechniki Łódzkiej.
Mgr Ewa Tyczkowska jest ubiegłoroczną absolwentką Wydzialu Farmacji Akademii Medycznej w Łodzi.