Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
ROZMYŚLAJCIE NAD MOWĄ - REICH-RANICKI, NIEMEN-WYDRZYCKI, CURIE-SKŁODOWSKA
Wiedza i Życie nr 1/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/2001

W fascynującej książce Marcela Reicha-Ranickiego, papieża niemieckiej krytyki literackiej - jak go nazywają, zatytułowanej "Moje życie" (w tłum. Jana Koprowskiego i Michała Misiornego) znajduje się znamienny fragment, doskonale odsłaniający mechanizm działania pewnego ogólnego prawa językowego.

Oto na stronie 250 autor opisuje swój pierwszy kontakt z redakcją Frankfurter Allgemeine Zeitung i rozmowę z szefem działu kulturalnego Hansem Schwabem-Felischem. Wyglądała ona następująco: "W Polsce posługiwałem się pseudonimem Ranicki, ale moje prawdziwe nazwisko brzmi Reich. Jak powinienem obecnie podpisywać swoje rzeczy? Niech pan postąpi, jak ja i używa podwójnego nazwiska, ale koniecznie najpierw jednosylabowego, potem tego drugiego - już choćby ze względów rytmicznych. Proszę napisać: Marcel Reich-Ranicki".

Prawo to w lingwistyce związane jest z nazwiskiem niemieckiego uczonego Behaghla, który w początkach naszego stulecia wykazał na materiale z kilkudziesięciu języków świata, że w stałych zbitkach wyrazowych zawierających człony równorzędne element krótszy z reguły występuje przed dłuższym. Dlatego i my, Polacy, zawsze mówimy: Pat i Pataszon, lelum polelum, ład i porządek, esy floresy, wóz albo przewóz, hip hip hurra, a nie w odwrotnej kolejności - tak jak i Niemiec nigdy nie powie, np. Leute und Land, lecz Land und Leute (kraj i ludzie).

Mechanizm ten, zdeterminowany z całą pewnością czynnikami rytmicznymi, które przywołał w cytowanej rozmowie Schwab-Felisch, odnosi się w całej rozciągłości do nazwisk, w tym oczywiście do zbitki Reich-Ranicki. I tylko on tłumaczy wiele wyjątków od tradycyjnych reguł zachowań językowych. No bo dajmy na to zawsze było tak, że nazwisko odmężowskie, wtórne przecież w stosunku do panieńskiego, umieszczano na drugim miejscu.

Czemu w takim razie rodacy mówią o Marii Curie-Skłodowskiej, chociaż logika podpowiada odwróconą kolejność postaci nazwiskowych? Czy to zwyczaj francuski daje o sobie znać? - Myślę, że odzywa się tu przede wszystkim ów Behaghlowski mechanizm - tak silny, że nawet na tabliczkach ulicznych, nie mówiąc już o tekstach potocznych, pojawia się kolejność Curie-Skłodowska. Jest ona tak utrwalona w powszechnej świadomości, że nie uciekł od niej jeden z dwu uniwersytetów lubelskich, imieniem naszej wielkiej rodaczki nazwany, a jego popularny skrót UMCS (a nie UMSC) ten stan z całą wyrazistością ukazuje.

Przypominam sobie początek lat sześćdziesiątych. Z popularnym wtedy zespołem Niebiesko-Czarnych zaczynał karierę Czesław Wydrzycki, nie od razu określany odrzecznym pseudonimem artystycznym Niemen. Jeśli jednak ta wtórna postać pojawiała się przy nazwisku właściwym, zawsze umieszczano ją na pierwszym miejscu, bo dwusylabowy Niemen jest krótszy od trzysylabowego w mianowniku Wydrzyckiego. I zawsze powiemy Boy-Żeleński, Bór-Komorowski i Grot-Rowecki (na pierwszym miejscu krótszy pseudonim, na drugim właściwe, ale dłuższe nazwisko).

Przywołam na koniec jeszcze jeden przykład. Oto odpowiednikami łacińskiego wyrażenia plus minus są: franc. plus ou moins, ang. more or less, niem. mehr oder weniger, ros. bolee ili menee, czeskie vice mene. Jak widać, we wszystkich tych językach zachował się szyk łaciński - z członem odpowiadającym znaczeniowo plusowi na pierwszym miejscu. Po polsku mówi się natomiast mniej więcej, a zatem wyraz znaczący plus przesunął się z pierwszego miejsca na drugie. A dlaczego tak się stało? - Nietrudno policzyć, że w przywołanych z innych języków połączeniach słowo substytut plusa w trzech wypadkach zawiera mniejszą liczbę sylab niż substytut minusa, w dwu zaś wypadkach liczba zgłosek obu członów jest jednakowa. W polszczyźnie natomiast więcej jest dłuższe niż mniej, stoi dlatego na drugim miejscu!

A skoro dzisiejszy felieton zacząłem od fragmentu książki Reicha-Ranickiego, niech mi wolno będzie jako człowiekowi nie tylko uniwersytetu, ale i telewizji przywołać jeszcze jeden fragment. Opisuje on, jak się zaczęła kariera jednego z najpopularniejszych programów telewizji niemieckiej, doskonale znanego w całej Europie "Kwartetu literackiego". Reich-Ranicki postawił realizatorom takie warunki: "W tym programie nie może być żadnych obrazków lub scen filmowych, żadnych pieśni lub piosenek, żadnych scen z powieści, żadnych pisarzy czytających swoje dzieła lub objaśniających je łaskawie, spacerując po parku. Na ekranie powinno się widzieć wyłącznie owe cztery osoby, które wypowiadają się o książkach i, jak się oczekuje, spierają się ze sobą. Jedynie ten, kto zna telewizję - dodaje Reich-Ranicki - wie, co wycierpieli słuchający mnie panowie. Naczelna bowiem, święta zasada telewizji to wciąż postępująca dominacja obrazu. Odważyłem się wystąpić śmiało przeciwko tej zasadzie. Było jasne: tego czcigodni panowie nie przełkną. W napięciu czekałem na ich reakcję: czy zbledną, czy od razu zemdleją? Stało się inaczej. Odetchnęli głęboko przez nos, wypili jeszcze jedną wódkę i powiedzieli cicho: zgoda".

Co chciałem powiedzieć tym przydługim cytatem, niech się Szanowni Czytelnicy i Telewidzowie domyślą...