Twoja wyszukiwarka

BOGDAN MIŚ
TELE PRACA
Wiedza i Życie nr 2/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/2001

Podporządkowanie się dyscyplinie pracy, a szczególnie punktualne przybycie do miejsca jej wykonywania, jest dla wielu pracowników bardzo trudne. Odległość od miejsca zatrudnienia, często przekraczająca 100 km, zatłoczona komunikacja publiczna, korki na drogach - wszystko to powoduje, że pracownik bywa zmęczony psychicznie i fizycznie już na początku dnia. Mniej więcej od ćwierćwiecza wiadomo, że tak być nie musi.

Codzienna obecność pracownika pod okiem pracodawcy nie tylko nie jest niezbędna, ale nawet - gdy się policzy koszty - może być dla niego znacznie droższa niż pozwolenie na pracę w domu. Ale jest tak od niedawna: od czasu, kiedy postęp technik telekomunikacyjnych dał nam do dyspozycji narzędzia pozwalające w dużej mierze wyeliminować nie tylko papier, ale i kontakt osobisty.

Przed kilku laty - w 1993 roku - IBM w USA wyposażył 700 pracowników w niezbędne urządzenia (komputer przenośny, telefon komórkowy, modem, drukarka, faks) i skierował ich do pracy domowej, likwidując służbowe gabinety. Rok później spędzali oni w siedzibie firmy już tylko 15-30% czasu pracy, korzystając jedynie ze wspólnych pokoi. Szwedzki oddział firmy Siemens-Nixdorff również zatrudnił - w związku ze zmianą siedziby - część pracowników poza nowym lokalem; w styczniu 1997 roku firma otrzymała prestiżową nagrodę króla Karola XVI Gustawa za innowacyjność. Poinformowała również, że przyjęte rozwiązanie spowodowało spadek kosztów działalności w przeliczeniu na 1 pracownika o 25 tys. dolarów rocznie. W Holandii firma sprzedaży wysyłkowej Otto zatrudniła ostatnio 165 kobiet do telefonicznego przyjmowania zamówień. Sto z nich zaangażowano sezonowo, gwarantując im minimum 20 godzin pracy tygodniowo, z obowiązkiem spędzenia przy telefonie 5 godzin dziennie. Praca odbywała się w domu według zindywidualizowanych planów, także w nocy i w weekendy. Eksperyment dał znakomite wyniki: płace kobiet okazały się godne uwagi, firma zaś mogła świadczyć usługi non stop...

Pozwolenie pracownikowi na wykonywanie przynajmniej niektórych obowiązków służbowych w domu wiąże się z widoczną na pierwszy rzut oka oszczędnością (choć w niektórych wypadkach niezbędna jest szczegółowa analiza ekonomiczna). Przecież powierzchnia biurowa jest dziś w wielkich miastach bardzo droga, po kilkadziesiąt dolarów za metr kwadratowy. Jeśli firma zatrudnia na przykład 100 pracowników i chce każdemu z nich zapewnić choćby 2 metry kwadratowe powierzchni roboczej (co jest wskaźnikiem raczej małym), to jest to wydatek kilku tysięcy dolarów miesięcznie. Jeśli uda się pracę zorganizować tak, by każdy pracownik bywał w miejscu zatrudnienia tylko przez jedną trzecią formalnego czasu pracy, to powierzchni potrzeba już o dwie trzecie mniej; oszczędność tylko na takim ruchu organizacyjnym jest ogromna. Warto jednak od razu zwrócić uwagę, że istnieją przedsiębiorstwa, które działają w ten sposób ze względu na swoją specyfikę, na przykład firmy ubezpieczeniowe. W nich przy jednym biurku może pracować kilku agentów. Również tam rzecz może być opłacalna: francuska firma ubezpieczeniowa AXA Assurances wprowadziła jeden dzień w tygodniu jako obowiązkowy dzień pracy domowej, wyposażając pracowników (oczywiście bezpłatnie) w odpowiedni sprzęt. Nawet takie rozwiązanie okazało się ekonomicznie uzasadnione.

Nie wszystkie rodzaje pracy poddają się podobnym zabiegom. Nie da się w rozproszeniu produkować samochodów, przynajmniej jeszcze nie dziś. Ale już sprzedawać te samochody można nie tylko w salonie firmowym, ale także w wirtualnym sklepie internetowym. Taki sklep istnieje jedynie w postaci odpowiednich zapisów na serwerze, i w dodatku mieści się nie wiadomo gdzie (po prostu tam, gdzie najtaniej), a obsługiwany jest zdalnie przez ludzi rozrzuconych po kilku miastach lub nawet krajach.

Albo redakcja czasopisma. Dzisiaj doprawdy nie ma najmniejszego powodu, by kilkanaście, kilkadziesiąt, a niekiedy kilkaset osób odsiadywało codziennie swoje osiem godzin w jednym miejscu. Zbieranie materiału dziennikarskiego wymaga bowiem albo udania się do źródła (znajdującego się z reguły poza redakcją), albo pobuszowania po archiwach (co z kolei można zrobić dzięki Internetowi za pomocą domowego komputera). Jednak ostateczne napisanie tekstu wymaga spokoju i najlepiej wychodzi w zaciszu domowym.

Wspomniane korzystanie z archiwów jest samo w sobie doskonałym przykładem. Przed kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu laty, gdy chciałem skorzystać z zasobów archiwalnych mojego czasopisma nie miałem w zasadzie innego sposobu niż udanie się do specjalnego pomieszczenia, gdzie na dziesiątkach metrów półek (znów: powierzchnia!) stały zakurzone roczniki Wiedzy i Życia i innych gazet. Dziś kilka kompletnych (a nawet rozbudowanych o różne "bajery") roczników tego pisma mam pod ręką na jednym CD-ROM-ie. Do przebogatych zasobów Rzeczypospolitej czy Gazety Wyborczej mogę sięgnąć poprzez sieć, ewentualnie płacąc za to (w tym drugim przypadku) parę groszy. Co tam zresztą archiwa: mam przecież "pod palcem" choćby Bibliotekę Kongresu w Waszyngtonie i archiwa New York Timesa...

Minimalna obecność w tradycyjnym miejscu pracy jest niezbędna. Wymiana poglądów w zespole "twarzą w twarz" daje przecież bardzo dużo; choćby z tej przyczyny, że istnieje coś takiego jak komunikacja niewerbalna. Niektórych zadań w domu wykonać się (jeszcze?) nie uda. Na przykład współpraca redaktora z grafikiem i operatorem składu komputerowego - żeby pozostać przy bliskim mi przykładzie - choć teoretycznie jest możliwa, wymagałaby dziś jeszcze przesyłania po sieci plików o objętościach, które uczyniłyby ten proces absurdalnym. Niemniej telepraca - bo taką nazwę nadano opisywanemu zjawisku - staje się coraz powszechniejsza. Wiele firm działa tylko (lub co najmniej w dużej części) na zasadzie wykorzystania możliwości komputerów i Internetu. Najlepszym tego przykładem są portale internetowe, na przykład Wirtualna Polska ma główną siedzibę w Gdańsku, większość redakcji w Warszawie, a współpracowników rozrzuconych chyba po całej Polsce.

Telepraca okazuje się także przydatna nie tylko w biurze, wydawnictwie, firmie ubezpieczeniowej, ale także w służbie zdrowia i badaniach naukowych. Przytoczę jeden przykład: Centrum Badawcze Amesa (NASA) w Kalifornii zademonstrowało niedawno system telemedyczny Virtual Collaborative Clinic. Jest to system zdalnego diagnozowania pacjentów, symulowania operacji oraz szkoleń. Podobny system ma znaleźć zastosowanie w obsłudze lekarskiej załóg Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Panuje przekonanie, że pierwszą osobą, która wpadła na pomysł takiej organizacji pracy, był Amerykanin, Jack M. Nilles. Fizyk, który przed niemal trzydziestu laty projektował dla NASA rakiety. Był on także konsultantem zespołu planistów miejskich i przyszło mu m.in. rozwiązywać problem przepustowości sieci komunikacyjnych wielkich aglomeracji. W tym czasie wykorzystywano już telekomunikację satelitarną do przesyłania wielkiej liczby informacji medycznych do głodującej Afryki. Zainspirowany tym Nilles zaproponował zmniejszenie obciążenia ruchu w wielkich aglomeracjach przez przestudiowanie możliwości przekazu niektórych informacji właśnie w postaci nie zajmującego miejsca na jezdni pakietu danych elektronicznych. Po co - na przykład - wozić fizycznie materiały do składu gazet z miasta do miasta, skoro w gruncie rzeczy chodzi właśnie o abstrakcyjną informację w czystej postaci?

Idee Nillesa nie zyskały od razu - dziś wydaje się to nie do pojęcia - zwolenników. Bossom od transportu wcale nie chodziło o zmniejszenie popytu na ruch drogowy, ale o poprawienie jego wydajności... W roku 1973 udało się amerykańskiemu fizykowi wówczas dyrektorowi Studium Badań Interdyscyplinarnych South Carolina University wdrożyć swoje pomysły "pracy na odległość" (używał wówczas terminu "telecommute", co można tłumaczyć jako "praca na odległość" czy też "zdalna", dziś poza USA powszechnie zastąpionego przez "telework", tj. "telepraca") w pewnym niewielkim przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Wyniki eksperymentu opisał w książce, która ukazała się w roku 1974 i szybko została przełożona na japoński i hiszpański. Nawiasem mówiąc, dwukrotnie kandydowała do słynnej prestiżowej nagrody Pulitzera. Właśnie moment wydania raportu Nillesa przyjmuje się za początkową datę procesu upowszechniania telepracy...

Właściwie, jak z każdym tego typu dokonaniem, data ta jest dość umowna. Już w latach sześćdziesiątych istniała bowiem we Francji firma programistyczna "F International", która zatrudniała pewną liczbę kobiet wykonujących w swoich domach najklasyczniejszą telepracę. W roku 1980 z kolei ukazała się - dużo głośniejsza od raportu Nillesa - słynna "Trzecia fala" Alvina Tofflera, w której spopularyzował on ideę "elektronicznej wioski" i użył terminu "telepraca", nadając mu światowy rozgłos. W końcu kwestia pierwszeństwa nie jest jednak aż tak zasadnicza. Obecnie najpowszechniej przyznaje się je Nillesowi, choć Francuzi trochę protestują.

Ciekawszy jest dalszy ciąg. W roku 1982 firma American Express (karty kredytowe!) zatrudniła na zasadzie telepracy, w ramach inicjatywy "Project Homebond", pewną liczbę osób niepełnosprawnych. W 1990 roku na wielką skalę uruchomiły dla swoich urzędników telepracę władze Los Angeles. W dwa lata później wprowadzono telepracę w firmie AT&T, którą w roku 1998 objęto już 55% pracowników koncernu w USA, czyli - bagatelka - 36 tys. ludzi. W 1993 roku szacowano, że w Stanach Zjednoczonych pracuje w domach, wykorzystując - wtedy dość jeszcze przecież prymitywną - technikę internetowo-komputerową, 6 mln ludzi, zaś w Wielkiej Brytanii sporo ponad milion.

W roku 1997, kiedy w USA w systemie telepracy zarabiało już na życie około 11 mln ludzi, Komisja Europejska utworzyła komisję European Telework Development. Jej zadaniem jest upowszechnianie telepracy na naszym kontynencie. W rok później punkt informacyjny ETD powstał w Polsce. Do końca stulecia - jak oceniano przed rokiem - poza biurem będzie pracować już 10 mln Europejczyków.

Telepraca ma mnóstwo zalet. Powoduje jednak i pewne problemy. Przede wszystkim niezwykle istotne jest zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa przesyłanych danych, będących często tajemnicą służbową, co - jak dziś wiemy - stanowi nie byle jaki problem naukowo-techniczny; konieczność zastosowania profesjonalnych systemów szyfrujących jest więc oczywistym minimum. Pracodawca traci część kontroli nad pracownikiem; jeśli zatrudni niewłaściwą osobę, to może się okazać, że ponosi niepotrzebne koszty.

Pracownik z kolei jest postawiony w sytuacji, w której zaciera się granica między jego życiem prywatnym a zawodowym, co psychologowie uznają za niebezpieczne i frustrujące; przyczyną niezadowolenia pracownika może być także nieunikniona izolacja społeczna. Może się on czuć "zepchnięty na margines wydarzeń". Dla ludzi przyzwyczajonych do budowania kariery w oparciu o kontakty ze zwierzchnikiem i wykorzystujących w tym celu swoje pozytywne cechy osobowościowe - telepraca może się okazać istną udręką.

By przeciwdziałać wszystkim negatywnym przejawom telepracy, podejmuje się coraz częściej odpowiednie środki zaradcze. Pracodawcy intensyfikują działania integrujące zespół, starają się wciągnąć pracowników niekiedy nawet nieco sztucznie - w "normalne" życie firmy. Przed wydziałami personalnymi firm stają zupełnie nowe i niełatwe zadania; tym trudniejsze, że w zasadzie nigdzie jeszcze na świecie nie uregulowano prawnie zjawiska telepracy. W związku z możliwością telepracy palącą kwestią prawną w skali państw staje się np. legalizacja podpisu cyfrowego [patrz: "Sekrety podpisu cyfrowego", WiŻ nr 9/2000].

W Polsce większość ludzi myśli, że telepraca to rodzaj zjawiska od dawna u nas znanego jako chałupnictwo. Renomowana Pracownia Badań Społecznych w Sopocie [raport "Telepraca jako alternatywna forma pracy w przyszłości", autor Ryszard Depta] podaje, że właśnie w związku z tą oceną w taki sposób chciałoby pracować zaledwie 31% Polaków. Obecnie pracę w domu według badań wspomnianego R. Depty wykonuje tylko 2% Polaków, w tym aż 9% stanowią osoby w wieku 18-24 lat. Najczęściej prowadzą oni własne firmy lub pracują dla pracodawcy z sektora prywatnego. Przeważają osoby z małych miejscowości i wsi. Częściej są to mężczyźni niż kobiety (warto odwiedzić również witrynę: www.idn.org.pl/praca/ materialy/depta.tpsa.htm).

Jak wynika z opublikowanego w Brukseli raportu o firmach w Europie Środkowo-Wschodniej, aż 58% firm w Polsce w ogóle nie posiada biura, a ich siedziby znajdują się w mieszkaniach właścicieli lub szefów. Można więc założyć, iż sporą grupę osób pracujących w domu stanowią w naszym kraju menedżerowie zarządzający firmą.

Nawiasem mówiąc, nasuwa mi się ciekawe pytanie: kiedy powstanie u nas Niezależny Samorządny Związek Telepracowników? Jak się pospieszymy, to mamy jeszcze szanse wpisać się do historii telepracy... Zanim to nastąpi, warto byłoby zastanowić się nad odpowiednimi regulacjami prawnymi i wprowadzeniem pojęcia telepracy do naszego Kodeksu Pracy. Szczególnie istotny wydaje się problem: czy pracodawca ma obowiązek dostarczenia kierowanemu do telepracy zatrudnionemu niezbędnego sprzętu (komputer, modem, drukarka, opłaty komunikacyjne itd.), czy też - wręcz przeciwnie - jest to kwestia jego dobrej woli i odpowiedniej umowy? A może wszystkie te zagadnienia da się wyinterpretować z istniejących już przepisów? We wrześniu 1999 roku mówił o tym w wywiadzie dla Rzeczypospolitej [autorka M. Pionkowska, "Najpierw nowelizacja, potem kodyfikacja", nr z 19.09.1999] prof. dr Tadeusz Zieliński. Czyżby od tamtego czasu i stwierdzenia potrzeby nic się w ciągu niemal półtora roku nie zmieniło?

Bylibyśmy wdzięczni, gdyby w tej kwestii zechcieli do nas napisać polscy specjaliści od prawa pracy.

Komisja Europejska, dokument DG XIII-B, rok 1995

"...Telepraca może stać się częścią naszego przyszłego życia zawodowego. Rewolucja telekomunikacyjna i informatyczna stworzyła szeroki wachlarz nowych elastycznych sposobów wykonywania pracy, włącznie z możliwością przynajmniej częściowego przeniesienia jej poza siedzibę tradycyjnego biura."

Jack Nilles

Znany jako "ojciec telepracy" Jack Nilles jest z wykształcenia fizykiem. Jego pierwsze dzieło to projekty kilku pojazdów kosmicznych i systemów komunikacyjnych dla Sił Powietrznych USA i NASA. Był też konsultantem Science Advisory Council, National Science Foundation i innych agend federalnych. Później dołączył do zespołu University of Southern California jako dyrektor do spraw badań interdyscyplinarnych. Wówczas rozpoczął badanie problemów telepracy. Część eksperymentalną tych badań prowadził wspólnie z Annenberg School of Communications nad udoskonaleniem funkcjonowania systemu interaktywnej telewizji edukacyjnej. W roku 1980 Jack Nilles założył firmę konsultingową JALA International, Inc., której od roku 1989 poświęca swój czas w całości. Stworzył w ramach tej działalności systemy telepracy dla wielu przedsiębiorstw z listy "Fortune 100" (sto najpotężniejszych i najbogatszych firm na świecie) lub zbadał ich działanie. Pracował także dla licznych firm i rządów na wielu kontynentach - między innymi dla Komisji Europejskiej. Jest byłym przewodniczącym ITAC (Międzynarodowe Stowarzyszenie Telepracy) i członkiem Management Group of the European Community Telework/Telematics Forum. Napisał pięć książek, w tym "The Telecommunications-Transportation Trade off", podstawowe dzieło o telepracy. Wydane w 1994 roku dzieło "Making Telecommuting Happen" uważane było przez kilka lat za kompletny i najlepszy na świecie podręcznik wdrażania w przedsiębiorstwie telepracy. Ostatnią książką Jacka Nillesa jest bestseller światowy "Managing Telework" (1998), stanowiący rozwinięcie poprzedniej. Zebranych przez Nillesa najpoważniejszych nagród (w tym ważnych i prestiżowych wyróżnień za zasługi dla ochrony środowiska w związku z wdrażaniem telepracy) nie sposób policzyć. Jest on niewątpliwie jedną z ważniejszych postaci XX wieku.

Rodzaje telepracy

Jak każde zjawisko społeczne także telepraca trafiła pod "mędrca szkiełko i oko". Oto jak się obecnie naukowo klasyfikuje telepracę:

  • Home-based teleworking - obejmuje personel, który wykonuje większość pracy w domu lub poza siedzibą firmy, komunikując się za pomocą komputera i innych form technologicznych z pozostałą częścią załogi.
  • Nomadic teleworking - obejmuje inżynierów eksploatacyjnych, pracowników działów sprzedaży, którzy pracując na etacie, nie spędzają większości roboczego dnia w biurze, ale posługując się telefonem komórkowym, laptopem czy pagerem uzyskują większą niezależność i swobodę wykonywania swojej pracy.
  • Ad hoc teleworking - obejmuje personel, który w normalnych warunkach wykonuje pracę w biurze i tylko w sporadycznych, okazjonalnych, precyzyjnie określonych przypadkach może wykonywać swoją pracę w domu.

Ursula Huws, opisując wyniki badań przeprowadzonych przez Britain Survey, zdefiniowała następujące typy telepracy:

  • Multilocations - która częściowo wykonywana jest w domu, częściowo w biurze.
  • Telehomeworking - całość wykonywana w domu.
  • Freelance teleworking i mobile working jako rodzaje pracy podejmowanej przez personel ds. sprzedaży.

Autorka ta określa telepracowników jako osoby, które poświęcają telepracy u konkretnego pracodawcy 10 dni w miesiącu i spędzają przynajmniej 50% efektywnego czasu pracy w domu. Ich podstawowymi narzędziami pracy są komputer i telefon.

Źródło: www.idn.org.pl/praca/materialy/depta.tpsa.htm, Teleworking jako alternatywna forma pracy w przyszłości

Adresy internetowe, pod które warto zajrzeć: Polska

Świat