Twoja wyszukiwarka

PAWEŁ RUTKOWSKI
JAK WIELE MOŻNA PRZETŁUMACZYĆ?
Wiedza i Życie nr 2/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/2001

Czytając książkę przełożoną z języka obcego, nie zdajemy sobie sprawy, ile wysiłku włożył tłumacz w ukazanie przedstawionego w niej świata takim, jakim opisał go autor.

Tłumacze powtarzają często, iż nie można nauczyć się języka obcego na tyle dobrze, by tłumaczyć literaturę piękną. Powodem nieprzekładalności literatury jest pewne ograniczenie systemowe tkwiące w języku.

Dlaczego literatura jawi się jako nieprzekładalna? Czy możliwe jest naukowe wytłumaczenie tego fenomenu? Jeszcze nie tak dawno olbrzymią popularnością wśród językoznawców cieszyła się hipoteza Sapira-Whorfa. Związana ona była z przekonaniem, iż to, w jaki sposób postrzegamy i rozumiemy nasz świat, uzależnione jest od języka, w jakim myślimy. Obecnie o hipotezie Sapira-Whorfa naucza się raczej na kursach historii lingwistyki niż współczesnego językoznawstwa.

Mimo różnych zastrzeżeń, hipoteza Sapira-Whorfa nie straciła wiele ze swej popularności wśród naukowców zajmujących się nauką o przekładzie (translatologią). Zdając sobie sprawę z niedoskonałości wywodu dwóch amerykańskich uczonych, wielu teoretyków przekładu dostrzega, iż ukazuje on, dlaczego dokładne tłumaczenie literatury jest najczęściej niemożliwe.

Większość języków obcych, z którymi stykamy się na co dzień, to języki indoeuropejskie. Od wieków posługują się nimi społeczeństwa zorganizowane w bardzo podobny sposób hołdujące zbliżonym wzorcom kulturowym i socjalnym. Ale nawet wśród języków z naszego kręgu kulturowego użycie podobnych konstrukcji gramatycznych i semantycznych często nie jest identyczne. Nieprzekładalne różnice w percepcji i opisie rzeczywistości mogą być zauważone np. w formach bezpośredniego zwracania się do innych.

Zmorą niejednego tłumacza może okazać się fakt rozróżniania w języku polskim wielu "poziomów grzeczności", formalności wypowiedzi (od bardzo formalnego do skrajnie niegrzecznego). W języku angielskim do osoby o imieniu John można się zwrócić jedynie John! lub Johnny! W polszczyźnie od imienia Jan utworzyć możemy długą listę form wołaczowych, choćby: panie Janie! > panie Janku! > panie Janeczku! > panie Jasiu! i wiele innych. Analogiczną listę sporządzimy bez problemu także na przykład dla czeszczyzny: Jane! > Jene! > Honzo! > Honzíku! > Honzíčku! itd. Zestawienia takie ukazują wyraźną hierarchię grzeczności oraz poufałości.

Żadna z powyższych form nie może być uznana za oficjalną - nawet panie Janie zakłada pewien rodzaj bliższej znajomości między rozmówcami. Tłumacz nie jest w stanie znaleźć analogicznej hierarchii w języku angielskim. Nie wiąże się to jedynie z oporami samego systemu słowotwórczego (brakiem cząstek deminutywnych, czyli takich, za pomocą których tworzymy zdrobnienia). Oczywiście tłumaczenie formy Janeczku jako little John byłoby absurdem.

Niemożność połączenia imienia ze słowem Mr (mister) także nie wynika w angielszczyźnie z ograniczeń struktury gramatycznej. To, że Anglik nigdy nie zwraca się do swego kolegi Mr Johnny (analogicznie do częstego w Polsce Panie Janku), wskazuje na powiązanie norm językowych z regułami życia społecznego. Język polski odbija po prostu o wiele większe zhierarchizowanie grupy nim się posługującej. Dobór właściwej formy przy zwracaniu się do innej osoby jest w takiej społeczności warunkiem sine qua non porozumiewania się. Gdy zdanie Panie Janku, cieszę się, że pana widzę! pojawia się w polskim tekście literackim, organizuje relacje między bohaterami na wzór tych spotykanych w polskim społeczeństwie (sytuuje je na odpowiednim poziomie "formalności"). Twierdzić można, że organizowanie to przebiega tak, jak zakładali Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf: gramatyczne i znaczeniowe elementy języka wpływają na nasze postrzeganie świata. W angielskim tłumaczeniu John, I'm glad to see you! próżno by szukać wszystkich odcieni znaczeniowych oryginału.

Nie jest trudno mnożyć podobne przykłady. Już przy tłumaczeniu zdania Panie Janku, cieszę się, że pana widzę! dostrzegamy kolejny problem: dobór formy grzecznościowej zaimka. Angielskie you nie oddaje różnicy między polskimi ciebie i pana. Wiele języków europejskich wprowadza takie rozróżnienie, porównajmy francuskie tu i Vous, niemieckie du i Sie, włoskie tu i Lei. Warto zauważyć, że we wszystkich tych językach forma grzecznościowa łączy się z użyciem liczby mnogiej. W polszczyźnie tak nie jest.

Dlatego też nie udałoby się zapewne przekazać w tłumaczeniu angielskim gwarowego wydźwięku zdania, zaczerpniętego z opisu dialektu jednej z wsi na Spiszu: Dziezeście, ciotko, byli? W gwarze tej, jak np. w języku francuskim, obowiązuje tzw. dwojenie, czyli używanie drugiej osoby liczby mnogiej jako formy grzecznościowej. Niedopuszczalne jest tam w oficjalnych rozmowach używanie form drugiej osoby liczby pojedynczej: Co jo s tobóm kury pasła, ze ty mi na ty godos?! Wydawać by się mogło, iż bez problemu można przedstawić w tekście angielskim życie codzienne wsi spiskiej (po prostu je opisując). Obraz ten nigdy nie może być jednak pełny bez odtworzenia hierarchii społecznej budowanej przez zwroty grzecznościowe.

W przekładzie utworu hiszpańskiego trudność byłaby innej natury. W języku tym tak jak w oficjalnej polszczyźnie formą grzecznościową jest trzecia osoba liczby pojedynczej. Pytanie Cómo se llama usted? to dokładny odpowiednik polskiego Jak się pan/pani nazywa? Jednak na tym podobieństwa się kończą. W języku hiszpańskim dopuszczalna jest konstrukcja grzecznościowa Cómo se llama? (bez słowa usted, odpowiadającego polskiemu pan/pani). Wierne tłumaczenie na polski (Jak się nazywa?) odebrane byłoby jako gwarowe bądź obraźliwe. Nieodparte są w przypadku takich zdań skojarzenia z bezosobowym traktowaniem kogoś podrzędnego, niższego rangą. Kontrastu między normalnymi zdaniami grzecznościowymi a tymi bez słowa pan/pani żaden tłumacz nie może wyrazić w języku hiszpańskim. W polskim tekście literackim byłby zaś on elementem ukazującym relacje między bohaterami.

Zajmując się genetycznie odległymi językami, natkniemy się na jeszcze większe problemy z tłumaczeniem. Wspomnieć tu możemy np. iż fiński wyraz hän odpowiada polskim zaimkom on, ona, ono (brak kategorii rodzaju), podczas gdy arabskie inta to "ty męskie", a inti to "ty żeńskie". Nikogo nie trzeba przekonywać, jak wiele znaczeń literackich może być związanych z kategorią rodzaju, czyli podziałem świata utworu na części "męską" i "żeńską". W polskiej literaturze księżyc ukazywany bywa jako mężczyzna, dla przeciętnego Hiszpana jest zaś zawsze kobietą. Różnica ta może być spowodowana dużą "sugestywnością" rodzaju gramatycznego: księżyc to rzeczownik rodzaju męskiego, la luna jest rodzaju żeńskiego.

Płeć zaznacza swą obecność w języku (a więc i w świecie utworu literackiego) w najróżniejszy sposób. W należącym do grupy algonkin języku Indian z plemienia Gros Ventres mężczyźni i kobiety używają innych słów na oznaczenie tych samych przedmiotów (np. chleb to kjatsa dla kobiet a djatsa dla mężczyzn). Z kolei w języku zulu (Afryka) kobiety nie wymawiają w niektórych słowach dźwięku z (dlatego używają np. formy amandabi zamiast amanzi, gdy mówią o wodzie). Jak oddać te fakty w ewentualnym polskim tłumaczeniu literatury powstałej w językach algonkin lub zulu?

W językach japońskim i koreańskim stopień "grzeczności" wyrażany w wypowiedzi wpływa na dobór odpowiedniej formy słowa (spośród wielu związanych z tym samym znaczeniem). Koreańczyk, mówiąc o dowolnej czynności, wybiera jeden z sześciu przyrostków czasownikowych - w zależności od swego stosunku do rozmówcy. Zauważmy, iż przytłumaczeniu na koreański problemu tego nie można ominąć. Czasowniki zawsze występują z przyrostkami, ich stopień "grzeczności" musi być sprecyzowany. W zdaniu polskim nie jest zawarta taka informacja. Nie zachowane więc zostaną w koreańskim przekładzie polskie reguły rozmowy, w których omawiana skala "grzeczności" nie jest istotna. Brak kategorii nazwanej tu "grzecznością" czyni komunikację w języku polskim bardziej bezpośrednią.

Na czym powinna więc polegać działalność translatorska? Jedną z możliwości tłumaczenia jest potraktowanie słów związanych ze strukturą i życiem danej grupy jako realiów w rozumieniu współczesnych rosyjskich teoretyków przekładu Siergieja Wlachowa i Sidera Florina. Realiami nazywają oni słowa odnoszące się do obiektów i idei typowych dla kultury jednego narodu, a niespotykane w kulturach innych. Jako że wyrażają one lokalny koloryt, nie mogą być tłumaczone (np. hiszpańskie sombrero, którego nie tłumaczymy polskim słowem kapelusz). Wydaje się jednak, że zdanie: Wiem, że hän cię kocha!, dzięki któremu tak jak w języku fińskim unikamy odniesienia do płci (hän znaczyć może on/ona/ono) byłoby nie do przyjęcia z powodów stylistycznych.

Odnosząc się do idei Friedricha Schleiermachera (dziewiętnastowiecznego niemieckiego teologa i filozofa), współczesny amerykański teoretyk przekładu Lawrence Venuti ukuł dwa terminy, które opisują możliwe postawy wobec nieprzekładalności: uzagranicznienie (ang. foreignization) i udomowienie (ang. domestication). Pierwsza z tych postaw wiąże się z koniecznością "wysłania czytelnika za granicę", pokazania mu innej kultury. Udomowienie zaś to zredukowanie obcego tekstu do ram języka przekładu, "sprowadzenie autora do kraju czytelnika". Venuti włącza się tym głosem do kluczowej dyskusji współczesnej translatologii.

W jaki sposób takie tradycyjne tłumaczenie zmieniłoby system zwrotów grzecznościowych niezgodny z językiem przekładu? Posłużyć się możemy prostym przykładem. Norwescy uczniowie często zwracają się do swych nauczycieli po imieniu. Jak wiemy, sytuacja taka rzadko zdarza się w Polsce. Przekładając na polszczyznę norweski dialog szkolny, tłumacz "udomowiający" zamieniłby po prostu imię nauczyciela na zwrot panie profesorze. Tekst powstały w ten sposób tworzy w jakiejś mierze nowy świat. W stosunku do oryginału brakuje mu np. poczucia bezpośredniości i bliskości. Z drugiej strony, tłumaczenia "uzagraniczniające" muszą zawsze łamać reguły porozumiewania się w języku przekładu.

Jeśli w omawianym wyżej przykładzie chcielibyśmy pozostać wierni oryginałowi i zachować norweską formę zwrotu do nauczyciela, polski czytelnik mógłby odebrać ją jako niegrzeczną, zbyt poufałą. W rzeczywistości literackiej kreowanej przez polszczyznę nie dopuszczamy raczej, by uczeń powiedział do nauczyciela: Marku, co nam dzisiaj zadasz do domu? - nawet jeżeli zdajemy sobie sprawę, iż jest to jedynie tłumaczenie.

Jaką metodę tłumaczenia wybrać, skoro przekład doskonale wierny nie jest możliwy? Brak jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie potwierdza chyba w jakimś stopniu słowa Sapira, że poszczególne społeczności językowe zamieszkują "odrębne światy". Jeśli nawet wszyscy żyjemy w tym samym świecie fizycznym, to różne muszą być światy, które powstają w naszych tekstach literackich.

PAWEŁ RUTKOWSKI jest studentem Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim.