Twoja wyszukiwarka

LESZEK KOŁAKOWSKI
PATRZĘ NA POCZYNANIA GENETYKÓW Z PEWNYM NIEPOKOJEM
Wiedza i Życie nr 3/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2001

Przyznaję, że patrzę na poczynania genetyków i biotechnologów z pewnym niepokojem. Nie chciałbym oczywiście znaleźć się w pozycji obskuranta, który boi się wszystkiego, co nowe. Kiedyś zaczyna się jednak opór, poczucie, że pewne działania mogą być niebezpieczne.

Nie wydaje mi się, żeby można protestować przeciwko genetyce roślin, która może dawać jakieś lepsze jakości. Zmieniona genetycznie żywność budzi jednak kontrowersje, ponieważ dotyczy niemal każdego. Ze sklonowaną owcą czy terapią genową mają do czynienia jednostki, a pomidory i kartofle jedzą wszyscy. Ale nie lękałbym się, że sprowadzi to na ludzi jakąś klęskę. Byłbym natomiast niesłychanie ostrożny, jeśli chodzi o genetyczne eksperymenty z człowiekiem. Oczywiście, jeśli można leczyć ludzi za pomocą manipulacji genetycznych, to bardzo trudno się temu sprzeciwić. Osobiście nie obawiałbym się więc genetycznej terapii.

Istnieje jednak ryzyko, że gdy zrobimy pierwszy krok i otwarta zostanie pewna furtka, to nową technikę mogą przejąć jakieś złowrogie siły. Może to prowadzić do nadużyć. Tak jak nowoczesna broń w rękach obłąkanych dyktatorów.

Obawiałbym się także hodowli embrionów i ich zabijania, aby inni ludzie mieli z tego korzyść. Antycypuję z pewnym przerażeniem wizję, że ciała będą traktowane wyłącznie jako części zamienne dla żywych. Szacunek dla ludzkiego ciała jest rzeczą cywilizacyjnie bardzo zakorzenioną, prawdopodobnie należy do naszej duchowej konstytucji. Ważne jest więc, żebyśmy przynajmniej zachowali w pamięci, że osoby ludzkie są niewymienialne. Jeśli nie uda nam się zachować tej wiary, to sądzę, że czeka nas katastrofa.

Czy jednak poza zwyczajną ostrożnością mamy jakieś lepsze zabezpieczenia przed negatywnymi skutkami stosowania biotechnologii? Obawiam się, że nawet sami genetycy nie umieją powiedzieć, gdzie i pod jakim względem taka przezorność jest niezbędna. Złe skutki naszych działań bardzo często są nieprzewidywalne. Ogólne stwierdzenie, że trzeba się z nimi liczyć, pomimo że nic o nich w danej chwili nie wiemy, w niczym nam nie pomaga. Nawet w dziedzinie tak pozornie niewinnej jak filozofia nie można wykluczyć, że najlepsze intencje kiedyś przekształcą się w coś okropnego.

Powstaje więc pytanie, czy można postawić jakieś sztywne bariery, które będą kontrolować i ograniczać techniki genetyczne. Szanse, że takie zakazy się ostoją, nie są wielkie. Mimo wszystko byłbym chyba za takimi próbami, choćby miało to być jedynie rozwiązanie chwilowe. Nie dlatego że można w ten sposób bezwzględnie zapobiec złym skutkom, ale można przynajmniej przyczyniać się do wzrostu powszechnej świadomości. Pewną pozytywną rolę odgrywa w tym także ruch ekologiczny. Uwrażliwia nas na to, że niszcząc naturę, szkodzimy sami sobie. Ale nie dlatego że natura jest czymś, co zasługuje na moralne względy. Nie sądzę, aby tak było.

Również argumenty o "zabawie w Pana Boga" nie są najlepsze, o tyle że człowiek zawsze brał na siebie funkcję Stwórcy, zmieniając coś w naturze. Pomimo że wszyscy mamy pewne zaufanie do naturalnego porządku, to cały rozwój człowieka polega na tym, żeby te naturalne siły ujarzmiać, przekształcać je w taki czy inny sposób. Już w neolicie zaczęliśmy uprawiać rośliny, zamiast zrywać owoce z drzew i budować domy, zamiast mieszkać w jaskiniach. Nie przekonuje mnie więc samo stwierdzenie, że uzurpujemy sobie atrybuty Stwórcy. Nikt przecież nie żąda likwidacji medycyny, mimo że ingeruje ona w naturalny porządek...

Biotechnologia, inżynieria genetyczna, zmienianie genów to bardzo trudne zagadnienia. Każdy chciałby mieć niezawodne i dobrze brzmiące przepisy na ten temat. Gdzieś może przecież pojawić się genetyczny Faust czy doktor Frankenstein, który może wszystko. Trudno się dziwić ludziom, że się boją.

Prof. Leszek Kołakowski - jest emerytowanym profesorem University of Oxford. Zajmuje się głównie historią filozofii i filozofią religii.