Twoja wyszukiwarka

JOANNA KOMOROWSKA
STOJĄC NA WŁASNYM SKRZYDLE
Wiedza i Życie nr 3/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/2001

Każdemu z nas zdarzają się olśnienia: aha! Wiem, jak to zrobić! Okazuje się, że zwierzęta też potrafią rozwiązywać problemy tą metodą.

Pewnego popołudnia 1860 roku chemik August Friedrich Kekulé von Stradonitz, drzemiąc przy kominku, śledził ruchy wyimaginowanych atomów pląsających przed oczyma jego wyobraźni. Cząstki ustawiały się w dziwne formacje, "długie rzędy" jak później pisał w swoim dzienniku "czasem silniej do siebie przylegające, wijące się i skręcające w wężowym ruchu. Nagle! Jeden z węży schwycił własny ogon i kształt zawirował drwiąco przed moimi oczyma. Jak rażony piorunem wyrwany zostałem ze snu". Po to, dodajmy, aby obwieścić światu, że cząsteczka benzenu ma budowę pierścienia, czyli formę, jaką przyjął wirujący w zaspanej głowie wąż atomów.

Każdemu z nas zdarzają się olśnienia. Wszystkie mają pewne wyraźnie identyfikowalne, wspólne cechy: pojawiają się zwykle po okresie frustrującego impasu, często w chwili gdy nie zajmujemy się problemem. Dochodzenie do odkrycia jest więc w głównej mierze automatycznym i nieświadomym procesem, dopiero w swej ostatniej fazie wybuchającym nowatorskim rozwiązaniem.

Jak wykazał jeszcze w pierwszej połowie XX wieku niemiecki psycholog Wolfgang Köhler, rozwiązywanie problemów metodą "Aha!" nie jest wcale wyłącznie ludzką zdolnością. Potrafią to również szympansy. Moment dostrzeżenia rozwiązania jest u nich tak uderzająco podobny do naszego, ludzkiego olśnienia, że sugeruje bliskość mechanizmów psychicznych odpowiedzialnych za jego wystąpienie u człowieka i tych człekokształtnych małp.

Kiedyś na przykład jeden ze współpracowników Köhlera obserwował zachowanie szympansa o imieniu Sułtan, który bezskutecznie starał się zdobyć leżące po drugiej stronie krat banany. Zanim Sułtan wpadł na pomysł połączenia ze sobą dwóch prętów i zagarnięcia za ich pomocą nagrody, zniechęcony dotychczasowymi próbami przysiadł na umieszczonej w klatce skrzyni i zaczął się bezmyślnie bawić. "Kiedy to robi pisał obserwator przypadkowo chwyta [pręty], tak że układają się one w linii prostej; częściowo wpycha ten cieńszy w otwór tego grubszego; zrywa się i już pędzi w stronę krat, do których dotąd był odwrócony bokiem i swym podwójnym kijem zaczyna przyciągać ku sobie banana." Najwyraźniej to nagły wewnętrzny impuls podyktował zwierzęciu właściwe rozwiązanie.

Z innego ciekawego eksperymentu wynika, że do przeżycia olśnienia mogą być zdolne nawet... gołębie. Jeśli zostały wcześniej odpowiednio przygotowane, potrafią popychać tekturowe pudełka i wspinać się na nie, aby dziobnąć mały, plastikowy banan zawieszony u pułapu klatki i w nagrodę otrzymać trochę pokarmu. Robią to nawet wówczas, gdy cały skomplikowany manewr popychania, wskakiwania i dziobania mają wykonać po raz pierwszy w życiu.

Jak donosili trenerzy, najpierw "każdy gołąb wydawał się "zdezorientowany", wyciągał szyję w kierunku wiszącej zabawki i kręcił się pod nią bezsilnie, wielokrotnie przenosząc wzrok od banana do pudełka i z powrotem". Wkrótce jednak ptaki "dość nagle" zaczynały pchać pudełko w tę stronę klatki, gdzie wisiała zabawka. Dla porównania, szympans, postawiony przed podobnym zadaniem 70 lat wcześniej, początkowo krążył niespokojnie po klatce, po czym, by znów zacytować słowa twórcy doświadczenia Köhlera "nagle zatrzymał się przed skrzynią, pochwycił ją w ręce i zaczął popychać pospiesznie prosto ku nagrodzie".

Ptasi eksperyment potwierdził coś, co podejrzewali jeszcze w latach czterdziestych naśladowcy Köhlera, nie zawsze potrafiący uzyskać podobne wyniki jak ich sławny poprzednik. To doświadczenie czyni mistrza tylko szympansy mające okazję do wcześniejszego manipulowania pewnymi obiektami, np. prętami, skrzynkami czy linami, mogły wpaść na pomysł posłużenia się tymi przedmiotami w późniejszych próbach zdobycia pokarmu. Także tylko gołębie doświadczone wcześniej w popychaniu po klatce pudełek i umiejące się na nie wdrapywać potrafiły podepchnąć pudełko tam, gdzie należało, żeby sięgnąć dziobem do plastikowej zabawki.

Nic, jak widać, nie dzieje się w próżnym umyśle - aby oryginalne rozwiązanie zaświtało w zwierzęcej głowie, jej właściciel musi znać elementy tego rozwiązania. Podobnie jest nawet w przypadku ludzi, tyle że u nas okazuje się znacznie trudniejsze do wyśledzenia. Nasze indywidualne i jakże bogate doświadczenia, oparte na równie bogatej tradycji kulturowej, nie są przecież spisywane ani katalogowane przez badacza-kronikarza, więc łatwo jest ich wpływ zbagatelizować albo przeoczyć.

Logika oraz pewne wyrywkowe obserwacje sugerują tymczasem, że zarówno ludzkie, jak i szympansie odkrycia muszą być oparte na bardzo konkretnych podstawach. Jak zapewnia psycholog amerykański Neal Carlson: "Ani człowiek, ani szympans nie będzie w stanie myśleć o obiektach, których nigdy dotychczas nie widział, ani nie będzie w stanie sobie wyobrazić zachowań, których nigdy dotąd nie wykonywał, ani nie obserwował". Inny amerykański badacz Earl Hurt tymczasem uzupełnia, że "nawet w przypadku ludzi bardzo niewiele problemów rozwiązywanych jest za pomocą zupełnie nowych metod".

Współcześni badacze zgadzają się z tezą, że każde nowatorskie rozwiązanie powstałe za pomocą wglądu tworzy się dzięki wcześniejszym doświadczeniom, które niczym klocki lego w rękach przedszkolaka-architekta stanowią budulec dla coraz to nowych konstrukcji. Wgląd to chwila, w której poszczególne cegiełki-doświadczenia układają się w zupełnie nowe, dotąd niespotykane budowle-rozwiązania. Fakt, że zręcznymi budowniczymi okazują się nie tylko ludzie, ale i szympansy czy gołębie, sugeruje, że proces ten jest fenomenem umysłowym dostępnym wielu gatunkom ssaków i ptaków.

Psycholodzy uważają wgląd za jeden z etapów procesu twórczego wykorzystywanego powszechnie przez pewne wyjątkowe jednostki ludzkie. Właśnie w ich przypadku zjawisko olśnienia okazuje się czymś zawstydzająco powszednim, zakrawającym wprost na pospolitą rutynę. Ich talent to umiejętność syntetyzowania nowych pomysłów z mieszanki powszechnie znanych faktów i to wcale nie "od czasu do czasu" czy od święta, lecz dzień w dzień i o każdej porze roku. Tego jednak, kto upatrywałby w akcie kreacji nieziemskich wpływów dostępnych wyłącznie nam, ludziom, czeka nie lada niespodzianka. Okazuje się bowiem, że "duszę twórcy" odnaleźć można nawet w ciele zwierzęcia. Rozbudzenie twórczego talentu jest tu tylko kwestią jednej błyskotliwej myśli i jednego pomysłowego eksperymentu. W tych zapładniających warunkach łączenie znanych sobie elementów w nowatorski, oryginalny sposób staje się osiągnięciem, na które stać także delfina.

Okazja do odkrycia niespodziewanych i dotąd nie podejrzewanych zdolności u tych inteligentnych morskich ssaków nadarzyła się Karen Pryor, trenerce w Oceanic Institute w Makapu Oceanic Center w Waimanalo na Hawajach. Zdecydowała się ona odejść od zwykłego, nudnawego już zestawu pokazów dla publiczności i zaprezentować, jak odbywa się typowy proces treningu, który prowadzi do buńczucznych wyskoków i skomplikowanych akrobacji, z jakich słyną trzymane w niewoli delfiny. Zasada jest prosta: trener uważnie przypatruje się pływającemu po basenie delfinowi i gdy tylko zwierzę wykona przypadkiem jakiś interesujący, nietypowy ruch wart dalszej uwagi oraz wzmocnienia, nagradza je pokarmem i pochwałą. Wykorzystując metodę stopniowych przybliżeń, czyli nagradzania coraz to bardziej wyolbrzymionych wersji pierwotnego zachowania, powoli kształtuje ostateczne, spektakularne wyczyny, jakimi delfiny cieszą oczy gości oceanarium.

Delfinica Malia, przedstawicielka gatunku Steno bredanensis, która wybrana została do tego pokazu, już przy drugim występie stanęła jednak w obliczu niemałego wyzwania - dobrze jej znana i często wykorzystywana podczas treningów zasada "rób to, co właśnie zostało nagrodzone" przestała nagle obowiązywać! Opiekunka oczekiwała od niej bowiem zupełnie nowego zachowania, w przeciwnym razie demonstracja treningu szybko przekształciłaby się w dobrze znaną rutynę. Aby prawidłowo spełnić jej życzenie i zasłużyć sobie na pochwały oraz nagrodę, delfinica musiała wciąż "produkować" dotąd jeszcze nie prezentowane akcje.

I tu stała się rzecz niesłychana. W pewnym momencie, po kilku mało udanych pokazach, zwierzę nagle zrozumiało nowe reguły gry. Niespodziewanie - jak pisze Pryor - delfinica wykonała prawdziwie unikalną akrobację: "desperacko rzuciła się tyłem w powietrze i pięknym łukiem wywróciła koziołka, po czym wylądowała w wodzie, nie rozprysnąwszy prawie kropelki". Słowem, "wynalazła nowe zachowanie". O tym, że nie był to przypadkowy efekt, lecz zachowanie podyktowane zrozumieniem, iż chodzi o zademonstrowanie nowych akcji, świadczą kolejne oryginalne akrobacje, którymi zwierzę uraczyło obserwujących. Kręciło piruety w powietrzu, pływało do góry brzuchem, jedną z płetw rysowało w dennym osadzie zygzaki robiło więc coś, co byłoby wręcz niemożliwe przy wykorzystaniu zwykłych metod treningu.

Fascynującym następstwem tego dość przypadkowego odkrycia był rzetelny eksperyment, w którym pracownicy instytutu postanowili powtórzyć wyniki Malii, tym razem z udziałem innego delfina, lękliwej i uległej Hue. Efekt okazał się identyczny. Trening przekształcił przy tym to ostatnie zwierzę w pełnego inwencji, aktywnego urwisa-akrobatę, który później stał się prawdziwym utrapieniem pracowników instytutu. Jego towarzyszka Malia nie pozostała zresztą w tyle. Obydwa delfiny zaczęły otwierać podwodne zamki i sprawnie przeskakiwać ogrodzenia dzielące poszczególne kwatery. Malia upodobała sobie nawet zwyczaj wyskakiwania z wody na mokrą posadzkę okalającą basen, prześlizgiwania się w stronę nic nie podejrzewającego opiekuna i niespodziewanego pukania go w kostkę swym rostrum "prawdziwie dziwaczny akt jak na całkowicie wodne zwierzę", komentuje Pryor.

Ciekawa jest zbieżność wyników badań na delfinach z rezultatami eksperymentów z udziałem ludzi. Okazuje się bowiem, że także w naszym przypadku polot twórczy daje się rozbudzić. Kiedy dzieciom, rzekomo pozbawionym twórczego animuszu, badacze kazali udzielać odpowiedzi na pytania, tak jak zrobiłby to "artysta lekkoduch", zaczynały one zaskakiwać niezwykle oryginalnymi wypowiedziami, jakich nikt by się po nich nie spodziewał. I odwrotnie młodym ludziom wykazującym wcześniej wyraźne twórcze inklinacje wystarczyło podszepnąć, że mają się wcielić w rolę "zahamowanego naukowca", aby zabić w nich na jakiś czas wszelkie przejawy oryginalności.

A skoro już mowa o polocie - pomysłowej trenerce delfinów Karen Pryor udało się wyzwolić uskrzydloną duszę "lekkoducha artysty" także u - z natury już uskrzydlonego - gołębia. Jej ptasi wychowankowie popisywali się takimi niecodziennymi pozami gołębiej jogi, jak leżenie na grzbiecie, podfruwanie i zawisanie w powietrzu metodą pustułki, a nawet tu już nie tylko w przenośni, ale i całkiem dosłownie pewnemu podopiecznemu udało się przejść samego siebie deptanie stopami po swym własnym skrzydle.

Mgr JOANNA KOMOROWSKA, biolog, etolog, jest doktorantką na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.