Twoja wyszukiwarka

BOGDAN MIŚ
ZAWÓD: INFOBROKER
Wiedza i Życie nr 4/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/2001

O powstającym zawodzie, Internecie i problemach współczesności mówi prof. dr hab. inż. Konrad R. Fiałkowski, profesor Rensselaer Polytechnic Institute w Troy, w USA i profesor Uniwersytetu Warszawskiego, stale mieszkający w Wiedniu wybitny polski informatyk.

Panie profesorze, głosi pan od pewnego czasu potrzebę powołania do istnienia nowego zawodu. Osobę, która ten zawód będzie wykonywać, nazwał pan "brokerem informacji". Skąd ten pomysł i o co chodzi?

Na początku chciałbym opowiedzieć pewną pouczającą, jak sądzę historię, która skłoniła mnie do refleksji i w konsekwencji doprowadziła do wniosku o konieczności zaistnienia wspomnianego zawodu. Otóż kilka lat temu, jako redaktor naukowy Information Technology Monitor, natrafiłem na informację o kostce ("chipie") o znacznej pojemności pamięci, która umieszczona za gałką oczną rejestrowałaby to wszystko, co widzi oko. Rozstrzygnięcie, czy informacja ta należy do domeny nauki czy science fiction, nie byłoby proste, gdyby nie fakt, że natrafiłem na nią w piśmie naukowym o dużym prestiżu.

Ta sama informacja znaleziona w sieci, w źródle, co do którego wiarygodności nie byłbym przekonany, zapewne nie zostałaby włączona do działu "nowości" publikowanego w Monitorze. Na jakiej bowiem podstawie miałbym ufać informacji znalezionej w najpoważniej nawet nazwanej i bardzo dostojnie wyglądającej witrynie internetowej, którą przecież mógł stworzyć w sieci także maniak, fantasta lub dowcipniś?

Ktoś powinien więc przekonać mnie do skorzystania z zasobów akurat tej, a nie innej witryny; przekonać, że jest ona godna zaufania; dać gwarancję, że umieszczone tam informacje są prawdziwe. Pomyślałem więc po raz pierwszy o brokerze informacji.

Przed kilkoma laty zjawisko to nie było tak wyraźne.

Ani to zjawisko, ani kilka innych. Sporo się w ostatnich latach zmieniło. Weźmy np. proces pisania i rozpowszechniania listu. Otóż pisanie listu nie wymaga ani specjalnego wysiłku, ani znacznych kosztów związanych z rozpowszechnieniem korespondencji. Konwencjonalny list był zazwyczaj kierowany do jednej osoby, a forma "listu otwartego" wymagała już dość kosztownego procesu rozpowszechniania. Prawie nikogo nie było stać na ogłoszenie "listu otwartego" we wszystkich gazetach, komunikatach radiowych i telewizyjnych jednocześnie na całym świecie. A dokładnie taki status "światowego listu otwartego" ma każde źródło informacji w Internecie.

Mnogość takich dokumentów stwarza istotnie pewne problemy...

Liczba owych "listów otwartych" w sieci jest na tyle duża, a ich tematyka tak różnorodna, że jedynie wstępna automatyczna selekcja - oczywiście za pomocą specjalnego programu - pozwala na wybór tych informacji, które są nam akurat potrzebne. Jest wysoce prawdopodobne, że selekcję taką trzeba będzie powtarzać kilkakrotnie, być może za każdym razem modyfikując kryteria wyszukiwania.

Proszę zwrócić uwagę, że wynik takiego procesu odpowiada w przybliżeniu wykazowi źródeł informacji, przygotowanemu w tradycyjny sposób przez "klasycznego" pracownika służb informacyjnych w odpowiedzi na "zapytanie tematyczne". Z tym że selekcja dokonana przez człowieka będzie (przynajmniej jeszcze dzisiaj) trafniejsza niż programu wyszukiwawczego: dokona on przecież pewnej - choćby pobieżnej - oceny zawartości wybranych źródeł, wykorzystując właściwe sobie kryteria heurystyczne, dość trudne do zaprogramowania.

Czy człowiek zawsze będzie w takim procesie lepszy od maszyny?

Odpowiedź na to pytanie zacznijmy od pewnego spostrzeżenia, banalnego zresztą dla każdego internauty. Kiedy szukamy w sieci odpowiedzi na jakieś pytanie - na przykład wpisując odpowiednie słowa do wyszukiwarki - bardzo często dostajemy spis adresów zawierających wiedzę zupełnie nieprzydatną. Jednocześnie zdarza się, że maszyna pominie adresy, pod którymi zgromadzono wiedzę cenną dla pytającego. Otóż wraz ze wzrostem liczby źródeł w Internecie jednym z bardziej złożonych problemów jest i będzie pomijanie informacji, która nie stanowi odpowiedzi na nasze pytanie, jest w istocie zbędna albo wręcz wprowadza pewien "szum". Tej utraty informacji nie sposób w pełni uniknąć w każdym, a szczególnie w automatycznym procesie selekcji, także w dającej się przewidzieć przyszłości. To właśnie dziś określa miejsce człowieka w tym zadaniu. Chcę podkreślić, że gdy chodzi o samą trafność doboru źródeł (czyli wyszukanie "adresów" baz, co do których istnieje domniemanie, że zawierają odpowiedź na postawione pytanie) pojawia się znaczna zbieżność pomiędzy pracą tradycyjnego dokumentalisty czy bibliotekarza a automatyczną selekcją w Internecie.

Sytuacja zaczyna być wyraźnie inna, gdy pomyślimy o jakości informacji zawartych w tych źródłach.

Na czym polega ta różnica?

Tradycyjne działanie dotyczyło źródeł, o których wiadomo było z góry, że nie zawierają przynajmniej w zasadzie informacji fałszywych lub nadmiernie (celowo lub bez takiej intencji) zniekształconych. Cechą tradycyjnych źródeł, wśród których dokonywano selekcji, była zatem wysoka jakość zawartej w nich informacji. Była ona w pewnym sensie wcześniej jak się to mówi akredytowana, czyli w pewien sposób sprawdzona, wiarygodna.

Akredytacja informacji najlepiej widoczna jest przy selekcjonowaniu źródeł zawartych w pismach naukowych czy fachowych. Zamieszczane tam dane są "filtrowane" w procesie recenzji i tym samym te, które zostają w piśmie opublikowane, uzyskują akredytację środowiska fachowego, reprezentowanego przez recenzentów. "Poważne pismo" to takie, w którym stopień filtracji zamieszczonych informacji jest gwarantowany indywidualnym statusem i liczbą recenzentów.

W "epoce Internetu" jest inaczej?

Teraz w Internecie pojawiają się nawet masowo wspomniane wyżej "listy otwarte", mające niekiedy znikomą lub wręcz żadną wartość informacyjną. Problem polega na tym, że przy automatycznym wyszukiwaniu są one traktowane przez program równorzędnie ze źródłami wiarygodnymi; po prostu trudno je rozróżnić. Stanowią obiekty określane w naukach komputerowych angielskim słowem garbage (śmieci). Przy tym niezwykle istotne jest, że niełatwo powiedzieć, jak dalece zasoby informacyjne sieci są w tym sensie "zaśmiecone". O ile wprowadzone tu pojęcie akredytacji informacji jest względnie dobrze definiowalne, oznacza bowiem weryfikację informacji przez ekspertów, o tyle informacja wysokiej jakości, to znaczy prawdziwa, jest do zdefiniowania dużo trudniejsza.

Problem "prawdy" i jej definiowania nie jest zresztą nowy. Już w Ewangelii Jana Chrystus zapytany przez Piłata, co to jest prawda nie odpowiedział... Nie należy oczekiwać, że odpowiedź na to pytanie w sieci będzie łatwiejsza.

Ale korzystanie z Internetu jest faktem. I to faktem nieodwracalnym.

Oczywiście. Bez względu na to, w jakim stopniu zaśmiecone będą zasoby informacyjne sieci - właśnie ona w najbliższej przyszłości będzie naszym zasadniczym zasobem informacji. To nie ulega wątpliwości. Skuteczne poruszanie się wśród zasobów Internetu będzie jednak wymagać niemałej wiedzy i kunsztu. Tak jest we wszystkich zawodach, w których tylko wiedza uzupełniona doświadczeniem przybliża do doskonałości. Podobnie jest chociażby z profesjami lekarza czy prawnika. Zapewne tym właśnie aspekcie właśnie do zawodu prawnika zbliżony będzie zawód pracownika informacji w nieodległej już przyszłości. W odróżnieniu od klasycznego dokumentalisty, researchera czy bibliotekarza nazwijmy go brokerem informacji.

Cóż on miałby konkretnie robić?

Zadaniem brokera informacji będzie wypreparowanie ze zbioru zasobów sieci pewnego podzbioru informacji, określonego przez zlecony mu temat. Informacja ta nie tylko musi być relewantna i w stosunku do zawartości sieci zbliżona do pełnej. Powinna ona również być akredytowana, gwarantowana.

Ta ostatnia cecha implikuje, że broker informacji musiałby podjąć działania zmierzające do oceny jakości informacji uzyskanej z sieci. Musiałby ostatecznie wybranej przez siebie informacji udzielić akredytacji, firmowanej swoim nazwiskiem podobnie jak robi to notariusz czy autor książki, firmujący przecież nazwiskiem napisany tekst. Bądź też jak broker giełdowy, któremu ufamy, powierzając mu zakup najlepszego pakietu akcji, czy broker ubezpieczeniowy, dobierający na zlecenie firmę najlepiej realizującą nasze życzenia.

Proces takiej akredytacji byłby złożony, niejednokrotnie wymagający pracy zespołu wielu specjalistów z odpowiadającej zadanemu tematowi dziedziny. Specjaliści ci będą zapewne działać na zasadzie konsultantów brokera czy też recenzentów jego opracowań. Niektórzy z nich będą mieć własne, specjalizowane, stale uaktualniane i akredytowane przez nich samych zbiory źródeł. W ten sposób staną się oni brokerami informacji specjalizowanej. W stosunku do brokera tworzącego zlecony kompletny moduł informacyjny będą pełnić taką samą funkcję jak dostawcy podzespołów u producenta samochodów.

Właśnie ocena jakości uzyskiwanej z sieci informacji stanowić będzie sedno zawodu brokera informacji.

Czy nie sądzi pan, że proces sprawdzania i weryfikacji - czyli, jak pan mówi, akredytacji - informacji także grozi niekiedy utratą czegoś cennego, mianowicie jakiejś nowatorskiej idei, która mocą samej istoty swojej innowacyjności będzie nieznana ekspertom, a mimo to prawdziwa?

To słuszna uwaga. Rzeczywiście, informacje, które wydają się nam nieprawdopodobne, niekoniecznie są nieprawdziwe. Mogą to być idee odkryć naukowych czy technologicznych, które nie "przebiły się" do akredytowanych źródeł.

Poza niewątpliwymi zaletami procesu akredytacji informacji, jest on rzeczywiście niesłychanie zachowawczy, z reguły odrzucający idee nowatorskie. Dawniej takie idee pozostawały niepublikowane - albo szły w zapomnienie, albo bardzo wolno torowały sobie drogę ku własnym zastosowaniom. Dzisiaj każda z takich idei może zostać wprowadzona do sieci.

Wydobywanie ich z dziesiątków także nowych - lecz bezwartościowych - pomysłów, to także jedno z zadań brokera informacji. Jest to oczywiście zadanie niełatwe, ale zapewne honoraria za wyłowienie takiej idei z sieci, z zakresu zainteresowań zlecających poszukiwania firm, będą bardzo wysokie.

Mało kto wie, że amatorom i niezależnym odkrywcom zawdzięczamy znaczącą część zmian w nauce i technice. I tak, fotografia kolorowa stanowi odkrycie dwóch profesjonalnych muzyków, którzy poznali chemię z książek i eksperymentowali w pokoju hotelowym między występami. Transfer embrionu po raz pierwszy zrealizował pewien przedsiębiorca, którego hobby stanowiły eksperymenty biologiczne, zaś taśmę magnetyczną wynalazł w domowym warsztacie austriacki inżynier. Takich przykładów jest znacznie więcej.

Należy przypuszczać, że w momencie dokonania odkrycia dla każdego z tych wynalazców "przebicie się" do akredytowanego źródła informacji, czyli na przykład recenzowanego pisma, stanowiło nie lada problem, choćby ze względu na ich status amatora w dziedzinie odkrycia. Dziś Internet stałby dla nich otworem.

Oczywiście przy takiej informacji o nowym odkryciu, jej weryfikacja nie może ograniczyć się jedynie do dalszych poszukiwań w sieci. Dawniej, a w wielu przypadkach również i dziś, wymagałoby to fizycznego kontaktu z odkrywcą i nowym produktem. Jednakże warto pamiętać, że lekarz także w szczególnych przypadkach odwiedza pacjentów, a prawnik niekiedy weryfikuje informacje poza swoim biurem. Taki nieznany wcześniej rodzaj aktywności pracownika informacji przydaje, moim zdaniem, dodatkowych walorów zawodowi brokera informacji. Ponadto, przy możliwościach multimedialnych kontaktów poprzez sieć, fizyczna wizyta nie zawsze będzie koniecznością.

Jak zatem możliwie najkrócej scharakteryzować zawód infobrokera?

Z przedstawionego zarysu zadań brokera informacji wynika, że będzie to zawód dla ludzi dynamicznych, z inicjatywą, ze znaczną wiedzą o informacji i sieci, z podobnym zróżnicowaniem dochodów jak u lekarzy czy prawników.

Podobnie jak w przypadku tych dwu zawodów, zleceniodawca brokera, powierzając mu zebranie i opracowanie informacji, musi mieć do niego pełne zaufanie. Popełnionych błędów zazwyczaj nie da się łatwo spostrzec, a ich konsekwencje mogą być drastyczne. Dlatego też w zawodzie brokera informacji problem etyki zawodowej jest pierwszoplanowy i wręcz równorzędny z ogromną wiedzą ogólną i naprawdę biegłą znajomością Internetu i jego technik. Wiele wskazuje na to, że będzie to zawód fascynujący. No i zapewne wielce lukratywny.

Czy tego rodzaju usługi brokerskie są już świadczone gdzieś na świecie?

Tak, dziś już w kilku krajach. Najpełniejsze dane o brokerach informacyjnych mam z Niemiec (oczywiście z Internetu). Szacuje się, że niezależnych infobrokerów, o których mówimy, podejmujących się zadań na zlecenie, jest w tym kraju od 100 do 200. W Stanach Zjednoczonych działają brokerzy specjalistyczni. Jedna z takich kancelarii zajmuje się "nowymi materiałami", a ciekawostką jest, że część jej klientów stanowią artyści przekształcający różnorodne materiały w dzieła sztuki i poszukujący dla swoich prac wciąż nowych tworzyw.

Aż szkoda, że żadna uczelnia nie przygotowuje jeszcze takich specjalistów. Ale może i w tej funkcji zastąpi nas kiedyś automat?

Nie sądzę, by dało się wyeliminować człowieka z całości opisywanego procesu. W przewidywalnej przyszłości będzie on zawsze "ostatnią instancją".

Co poradzić ludziom, którzy szukają wiarygodnych informacji, a nie stać ich na brokera? Niech zrobią podobnie jak ci, którzy mając problem prawniczy, nie wynajmują prawnika; a uczą się, jak zadanie wykonać. To zresztą jest dobra rada o znaczeniu uniwersalnym. Chociaż z drugiej strony jednak w jakimś celu społeczeństwa wytworzyły podział pracy... Moim zdaniem jesteśmy o krok od sytuacji, w której samodzielne wyszukiwanie kompletnej informacji o wysokiej jakości okaże się po prostu trudne. I tu nadchodzi czas specjalisty, a w przyszłości zapewne samouczącego się systemu wyszukiwawczego, konwersującego z człowiekiem o postępach wyszukiwania i zapewne nie tylko o tym.

Dziękuję panu za rozmowę.