Twoja wyszukiwarka

ZBIGNIEW SMOLSKI
PRZYSTANEK GREEN FOREST CAMP
Wiedza i Życie nr 4/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/2001

W miniaturowym raju, którego próbę odtworzenia podjęła z powodzeniem garstka entuzjastów, mogą zamieszkać także nasi czytelnicy. Czy świat potraktuje poważnie ten eksperyment?

Istnieje takie miejsce na Ziemi, gdzie czyste wody płyną szeroko, wiatr przynosi wyłącznie zapach żywicy, a w pogodne noce widać rozgwieżdżone niebo. Człowiek żyje tu w pełnym zespoleniu z przyrodą, w najmniejszym stopniu jej, a więc i sobie samemu, nie szkodząc. To osada Green Forest Camp, w zachodniej części USA, odgrodzona od cywilizacji potężnym łańcuchem Gór Skalistych. A wszystko zaczęło się od dyskusji na temat prątków gruźlicy.

Właściwie zaczęło się dużo wcześniej, bo od Roberta Kocha. Gdy ów uczony w 1882 roku po raz pierwszy zobaczył pod mikroskopem zarazki gruźlicy, wpadł w zachwyt [patrz: "Sygnały", WiŻ nr 11/1994, s. 7]. W polu widzenia na tle brązowych, bezkształtnych komórek pęcherzyków płucnych wyraźnie odcinała się jasnoniebieska, zgrabna laseczka gruźliczego prątka. Pod koniec XX wieku te obserwacje zinterpretowano ponownie w duchu holizmu naukowo-kulturalnego. Ponieważ nie każdy zetknął się z tym interesującym pojęciem, śpieszę z wyjaśnieniami.

W roku 1998 zawiązała się luźna internetowa grupa dyskusyjna pod nazwą Gea-Sci, w której uczestniczyli głównie naukowcy zafascynowani koncepcją Matki-Ziemi, Gai, porównywanej do żywej istoty, której wszystkie organy i tkanki muszą żyć w homeostazie, aby ów organizm mógł sprawnie funkcjonować. Potem na listę dyskusyjną wpisało się kilku umiarkowanych przedstawicieli New Age, awangardowych artystów i ekologów z różnych frakcji. Niemal wszyscy z grupy spotkali się na początku 1999 roku na pierwszym zjeździe w Los Angeles i opracowali nowatorską koncepcję filozoficzną, polegającą na odwzorowaniu organizmu Gai w ludzkiej cywilizacji, a więc kolejne podejście typu holistycznego (całościowego). Nowa koncepcja różniła się od podobnych teorii unifikacyjnych New Age pozostawieniem religii w sferze wiary, a więc poza światem materialnym.

HolCy (Holistic Civilization - taką nazwę przyjęto dla nowo powstałego stowarzyszenia) uznali, że podziały na naukę i sztukę są nieistotne, wszak wszystko stanowi jedną spuściznę cywilizacji. Powoływano się przy tym na naukowców-prekursorów, którzy nazwali jeden z kwarków powabnym, pewną wielkość fizyczną określili mianem dziwności, a także na tych, którzy uznali teorię strun za prawdziwą ze względu na jej elegancję. Inni cytowani badacze, zajmujący się analizą struktury związków chemicznych, wyróżnili jedną z technik spektralnych jako SEXY, co jest podejściem zarówno holistycznym na styku nauki i kultury obyczajowej, jak i interdyscyplinarnym między chemią strukturalną a psychologią medyczną. Artyści wyszli uczonym naprzeciw, np. fotograficy wybierali jako tematy zdjęć fragmenty rur, śruby, detale maszyn, a pewien plastyk, prof. Karl von Hagens, wykonywał rzeźby z porozdzieranych ludzkich zwłok, konserwując je tworzywem sztucznym i nazywając plastynatami - co jest typowym przykładem przenikania sztuki rzeźbiarskiej do anatomii człowieka.

Dalsze nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony grupy awangardowych artystów, którzy, jak wiadomo, gotowi są do najbardziej śmiałych posunięć, zwłaszcza na początku kariery, aby ją przyspieszyć lub by w ogóle ją rozpocząć. Grupa malarzy Qwgh, związana z radykalnym skrzydłem głębokich ekologów, przyjęła za kredo, że "piękne nie może być złe", i wysunęła postulat uwaga! wzięcia pod ochronę prątka gruźlicy. No tak, wyobrażam sobie miny czytelników w tym miejscu lektury. Ale, jak się okazało, znaleźli się dalsi obrońcy projektu, który teraz rozpoczął własne życie. Rozwojowi wypadków nie zaszkodziło nawet zdystansowanie się od sprawy trochę przestraszonych HolCów, od których przecież wszystko się zaczęło.

Na tym etapie do akcji weszli ekstremalni zwolennicy Matki-Gai, tłumacząc, że prątki istniały przed cywilizacją ludzką - jak wykazały badania paleozoologiczne, na gruźlicę chorowały amerykańskie bizony już 17 tys. lat temu [patrz: WiŻ nr 3/1991, s. 43] - więc stanowią naturalny składnik biosfery, który mądrej Matce do czegoś jest potrzebny. W prasie niszowej zrobiła się wrzawa, ale poważne pisma ignorowały dyskusję do momentu, kiedy włączyli się do niej lekarze i epidemiolodzy. Przedstawiciele części tych grup zawodowych wystosowali tzw. Apel Tokijski, opublikowany w Nature [nr 6763/1999], w którym wystąpili z propozycją wydania globalnego zakazu stosowania antybiotyków przeciwgruźliczych.

Formalnie nie nawiązywali do akcji Gaistów, lecz - jak twierdzili - skoro i tak na gruźlicę umiera 3 mln ludzi rocznie, a większość szczepów jest oporna na wszelkie specyfiki, to lepiej nie zaburzać "bakteriosfery" i nie generować dalszej oporności krzyżowej. Tłumaczyli, że byłby to odwrót taktyczny, coś jak oddanie terenu przed następnym uderzeniem, bo w ciągu 10-15 lat przerwy powinna zaniknąć lekooporność prątków. A może - dodawali zwolennicy medycyny naturalnej - żadne kolejne uderzenie farmakologiczne w przyszłości nie będzie potrzebne, ponieważ gruźlica wycofa się samoistnie, a do terapii lokalnych przypadków wystarczy akupunktura i homeopatia? Tak się stanie - przytakiwali Gaiści - bo naruszona równowaga powróci wreszcie do normy, jeśli tylko zaufamy mądrości Matki-Ziemi.

Oficjalna nauka cierpliwie nie zauważała narastającego problemu, ale politycy musieli jakoś zareagować, zwłaszcza po ulicznych demonstracjach w obronie "prątka powabnego" - jak nazwali go aktywiści ruchu. Największe wystąpienie miało miejsce równocześnie z praską manifestacją przeciw globalizacji. Tuberofile szli wówczas ramię w ramię z agresywnymi zwolennikami gospodarki rozproszonej. To wystąpienie świadczyło o wadze problemu, więc politycy postanowili podjąć działania, by opanować emocje. Rząd Stanów Zjednoczonych po raz kolejny okazał wielkoduszność i wyznaczył lokalizację przyszłej osady na terytorium stanu Kolorado. Na jej terenie i w pasie kilkunastu mil wokół miała rozciągać się specjalna strefa eksperymentalna.

Odwiedziłem w ubiegłym roku Green Forest Camp i jestem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. W pięknej okolicy osiedlili się nie tylko tuberofile, ale także część HolCów, grupka Gaistów, kilku ekologów o różnych orientacjach i jeden malarz z formacji Qwgh, który jednak szybko wrócił do Paryża, stęskniony za artystyczną bohemą. W osadzie wcielono w życie wiele ciekawych koncepcji. Oczywiście nie stosuje się tam żadnych antybiotyków i w ogóle leków, z wyjątkiem uniwersalnych naparów z ziół, które zbierane są w okolicznych lasach. Nie wolno używać pestycydów, detergentów ani nawet dezodorantów.

Mieszkańcy trudnią się głównie zbieractwem, aby zdobyć pożywienie. Niektórzy uprawiają ziemię metodami ekologicznymi i zajmują się rękodziełem. Z korzyścią dla człowieka odwrócono porządek rzeczy - w razie potrzeby źródłem białka stają się szkodniki, które gromadnie obsiadają rośliny uprawne. Dla Europejczyków takie menu początkowo wydawało się, delikatnie mówiąc, egzotyczne, ale Azjaci czuli się jak u siebie. Pchły, wszy i pluskwy zwalcza się naturalną metodą przedkolumbijskich Indian, paląc co pewien czas drewniane domostwa i przenosząc się w inne miejsce.

Nie przeciągnięto linii elektrycznych wysokiego napięcia, bo pola elektromagnetyczne podejrzewane są o wywoływanie białaczek. Nie ma tam telefonów, radioodbiorników i telewizorów, komputerów i Internetu. Wszystkie dzikie zwierzęta są, rzecz jasna, pod ochroną, więc wilki, kojoty i pumy należy odstraszać kijem albo ogniem, ale zawsze tak, by nie zrobić im krzywdy. Problem niedźwiedzi nie istnieje, ponieważ nie ma zwabiających je odpadków - mieszkańcy spożytkowują wszystko. Bobry co jakiś czas podtapiają osadę, ale wtedy ludzie przenoszą się w inne miejsce, zachowując park krajobrazowy z jego bogactwem wodnego życia.

Osadnicy skutecznie zapobiegają świetlnemu zanieczyszczaniu środowiska [patrz: "Sygnały", WiŻ nr 11/2000], szczelnie zasłaniając okna zaraz po zmroku i nie paląc ognisk, kiedy nie jest to niezbędne. W ten sposób także zmniejszają emisję dwutlenku węgla - gazu cieplarnianego powodującego wzrost temperatury w atmosferze. Jest oczywiste, że środki przedsiębrane w tak małej osadzie nie spowodują zauważalnej zmiany w globalnym ziemskim bilansie, ale Green Forest Camp pomyślany jest przecież jako eksperyment, a także przykład dla innych. Największe sieci telewizyjne proponowały wykupienie praw do transmitowania życia tej niezwykłej osady, oferując jej mieszkańcom zawrotne honoraria. Jest bowiem prawdopodobne, że podglądanie Green Forest Camp miałoby popularność większą niż Big Brother Show i inne tego rodzaju programy. Rada Seniorów osady jest jednak dotychczas nieczuła na te pokusy.

Powróćmy jednak do prątka, bo od niego wszystko się zaczęło. Otóż lekarze i epidemiolodzy, którzy wystosowali Apel Tokijski, mają powód do dumy, albowiem ich przewidywania sprawdziły się w 100%! Przeprowadzone ostatnio w Green Forest Camp badania wykazały, że żaden ze 149 mieszkańców nie choruje na gruźlicę, a więc można uznać, że odwrót tej choroby już się rozpoczął.

Osada ma ograniczoną pojemność i na razie nie przewiduje się jej rozbudowy. Ponieważ jednak ma powstać w sąsiedztwie druga, bliźniacza wioska, chętni już mogą się zgłaszać. Kandydatów (zdrowych, wiek do 30 lat) prosimy o listowne nadsyłanie podań do naszej redakcji. Zgłoszenie powinno zawierać, oprócz podstawowych danych osobowych, zwięzły opis wykształcenia, zainteresowań, zdolności i tych cech charakteru, które predystynują kandydata do życia w społeczności międzynarodowej. Do końca maja br. specjalna komisja, której przewodniczyć będzie prezydent Green Forest Camp, wybierze polskich reprezentantów do nowej osady.

Drobne niedogodności egzystencji w osadzie nie wpływają na zdecydowanie pozytywną ocenę całego eksperymentu. W Green Forest Camp żyje się naprawdę wspaniale, a co najważniejsze, w pełnej harmonii z przyrodą. Należy jak najszybciej doprowadzić do rozszerzenia strefy najpierw na kontynent amerykański, a potem na obszar całej Ziemi. Człowiek powinien nareszcie zrozumieć, że nie jest dumnym władcą Natury, lecz niewielką, być może chwilową, fluktuacją w organizmie Matki-Gai. Musi więc żyć według danych mu możliwości i trzymać się swojej niszy ekologicznej, jeśli w ogóle chce żyć.

Dr ZBIGNIEW SMOLSKI jest filozofem-sozologiem, ukończył Wydział Sozologii na John Hull University w Williams, w stanie New York. Jest członkiem wielu międzynarodowych towarzystw i organizacji, które za cel stawiają sobie przywrócenie naturalnego stanu naszej planety.