Twoja wyszukiwarka

LONGIN PASTUSIAK
CO SIĘ ZDARZYŁO W AMERYCE?
Wiedza i Życie nr 4/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/2001

Bez przesady można powiedzieć, że cały świat czekał na wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Opinia publiczna była zaskoczona ich przebiegiem. Czyżby zmierzch demokracji? - pytano.

W ubiegłym roku Amerykanie czekali aż 36 dni na wynik wyborów prezydenckich. To, że system wyboru prezydenta w Stanach Zjednoczonych jest skomplikowany, wszyscy wiedzieli od dawna, ale to, że aż tyle trzeba będzie czekać na wiadomość, kto został czterdziestym trzecim prezydentem, zaskoczyło nie tylko Amerykanów, ale także cały świat.

System wyboru prezydenta USA łączy w sobie głosowanie bezpośrednie, powszechne, w którym każdy uprawniony do głosowania obywatel ma jeden głos, z głosowaniem pośrednim, dokonywanym przez Kolegium Elektorskie. W 538-osobowym Kolegium Elektorskim każdy stan ma tyle głosów, ile ma łącznie kongresmanów i senatorów w Kongresie USA. Najwięcej głosów mają więc stany największe pod względem liczby ludności - Kalifornia, Nowy Jork i Teksas. W tym systemie wyborczym może jednak zdarzyć się tak, że kandydat, który otrzyma największe poparcie w głosowaniu powszechnym, przegra wybory. I tak właśnie stało się w wyborach prezydenckich roku 2000; w historii wyborów amerykańskich zdarzyło się to po raz czwarty.

Artykuł przedstawia perypetie związane z liczeniem głosów na Florydzie, które znacznie opóźniło ogłoszenie ostatecznych wyników. We wtorek 7 listopada 2000 roku Amerykanie poszli do urn wyborczych, by wybrać prezydenta, 435 członków Izby Reprezentantów, 34 senatorów, 11 gubernatorów stanowych oraz wypowiedzieć się w 204 referendach, które przeprowadzono w 42 stanach.

Wiadomo było od początku kampanii, że ten wyścig do Białego Domu będzie wyrównany i walka o każdy głos będzie zacięta do ostatniej chwili. Jeszcze przed ogłoszeniem wyników wyborów europejskie wydanie dziennika Wall Street Journal z 8 listopada ukazało się z głównym tytułem na pierwszej stronie: "Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych w obliczu podzielonego narodu". Nikt jeszcze wówczas nie przypuszczał, jak głęboko sięgnie ów podział.

Pierwsze, niepełne (bez Florydy) wyniki, które opublikowano, wskazywały, że George W. Bush wygrał w większości stanów, ale Al Gore ma więcej głosów elektorskich. Jednak żaden z nich nie zdobył wymaganej liczby głosów elektorskich - 270 - by być prezydentem. Ponieważ różnica głosów na Florydzie była bardzo niewielka, zgodnie z obowiązującym w tym stanie prawem zarządzono ponowne ich przeliczenie. O tym, kto zostanie czterdziestym trzecim prezydentem USA, miało zadecydować 25 głosów elektorskich Florydy.

W powszechnym głosowaniu 7 listopada Al Gore otrzymał 50 158 094 głosy, Bush 49 820 518 głosów. Przewaga Gore'a wyniosła więc 337 576 głosów. Gore uzyskał 267 głosów elektorskich, podczas gdy Bush 246. Do zdobycia prezydentury potrzebne jest - jak już wspomniałem - minimum 270 głosów elektorów. Kontestowane 25 głosów elektorskich Florydy stało się w tej sytuacji przysłowiowym języczkiem u wagi.

Wyniki na Florydzie były następujące: George W. Bush 2 912 790 głosów, Al Gore 2 912 253 głosy. Przewaga Busha: 537 głosów.

Zamożni obywatele w większości głosowali za Bushem, podobnie jak wyborcy z wykształceniem średnim i wyższym. Bush otrzymał poparcie 33% Latynosów i zaledwie kilku procent Murzynów. Większość kobiet głosowała na Gore'a.

Początkowo Gore sądził, że przegrał wybory i zadzwonił do Busha z gratulacjami. Kiedy jednak dowiedział się, że różnica głosów na Florydzie jest tak niewielka, bo wynosząca zaledwie kilkaset głosów na prawie 6 milionów oddanych, ponownie zatelefonował w środę 8 listopada rano do Busha przebywającego w Teksasie. Między innymi odbyła się następująca rozmowa:

- Okoliczności zmieniły się dramatycznie od czasu mojego poprzedniego telefonu do Pana - powiedział Gore. - Wyniki wyborów na Florydzie nie są jeszcze oczywiste.

- Czy Pan mówi to, co wydaje mi się, że Pan mówi - odpowiedział Bush. - Chcę się upewnić, czy dobrze rozumiem, czy Pan dzwoni, by wycofać się z uznania swojej porażki?

- Niech Pan nie będzie taki nerwowy. Proszę pozwolić mi wyjaśnić. Jeśli Pan Bush uzyska po ostatecznym przeliczeniu więcej głosów, Pan Gore natychmiast zaoferuje gubernatorowi Teksasu swoje pełne poparcie.

George Bush był zaskoczony tym telefonem. Powiedział Gore'owi, że jego brat Jeb, gubernator Florydy, który stoi obok, ma dane, które potwierdzają zwycięstwo Busha na Florydzie.

- Z całym szacunkiem dla Pańskiego brata, ale nie on jest ostatecznym arbitrem decydującym o tym, kto wygra wybory na Florydzie - powiedział Gore.

- Niech Pan robi to, co uważa za stosowne - odrzekł chłodno Bush i Gore odłożył słuchawkę.1

Do nadzoru nad ponownym przeliczaniem głosów Bush wyznaczył jako swojego pełnomocnika Jamesa Bakera, byłego sekretarza stanu USA. Gore'a reprezentował również były sekretarz stanu, Warren Christopher.

W miarę jak odbywało się ręczne przeliczanie głosów, początkowa przewaga Busha, wynosząca około 1700 głosów, systematycznie się zmniejszała. Okazało się, że niektóre karty do głosowania odrzucone przez maszynę liczącą jako głosy nieważne powinny być uznane. Gdy w niedzielę 12 listopada komisja policzyła głosy w hrabstwie Palm Beach, przewaga Busha spadła do 316 głosów. Sztab Busha złożył w sądzie w Palm Beach pozew żądający wstrzymania procedury ręcznego liczenia głosów. Sąd odrzucił ten pozew. W tej sytuacji sekretarz stanu Florydy Katherine Harris, mianowana na to stanowisko przez Jeba Busha, brata George'a, oświadczyła, że we wtorek 14 listopada o godzinie 17.00 upływa termin oficjalnego ogłoszenia wyników wyborów.

Sąd Najwyższy stanu Floryda zezwolił jednak na kontynuowanie ręcznego liczenia głosów do niedzieli 26 listopada. Właśnie tego dnia ogłoszono oficjalnie, że przewaga Busha nad Gore'em wynosi 537 głosów.

George Bush ostro skrytykował decyzję Sądu Najwyższego Florydy i odwołał się do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Podobnie uczynili demokraci, którzy uważali, że należy kontynuować liczenie ręczne. Wszystko więc wskazywało, że to sądy ostatecznie zadecydują o wyniku wyborów prezydenckich 2000 roku w USA. W orędziu telewizyjnym Bush uznał się za zwycięzcę wyborów, po tym jak Katherine Harris ogłosiła 26 listopada, że Bush wygrał wybory na Florydzie z przewagą 537 głosów. "Te wybory - powiedział Bush - były zacięte, ale tej nocy, po podliczeniu, ponownym przeliczeniu i wreszcie ręcznym zliczeniu głosów dostąpiliśmy zaszczytu zwycięstwa w stanie Floryda, co daje nam liczbę głosów elektorskich wymaganą do wygrania wyborów."2 Bush oświadczył również 28 listopada, że przystępuje do opracowania planów przejęcia władzy i sformułowania nowej administracji.

W tym czasie w Stanach Zjednoczonych pojawiły się różne analizy i przewidywania, jakim Bush będzie prezydentem. Podczas kampanii wyborczej przyrzekał, że jeżeli wygra wybory, wprowadzi "nowy ton" do polityki w Waszyngtonie, styl jego prezydentury będzie opierał się na dwupartyjnej współpracy. W przemówieniu wygłoszonym 2 grudnia apelował, aby "politycy obu partii wznieśli się ponad partyjne podziały". Sugerował, że swoim kompetentnym współpracownikom powierzy szeroki zakres władzy, podobnie jak czynił to w Białym Domu Ronald Reagan. Równocześnie komentatorów amerykańskich niepokoiło to, że Bush w swoich publicznych wystąpieniach tak ściśle trzymał się napisanego dla niego tekstu.3

Sąd Najwyższy USA 4 grudnia 2000 roku zwrócił się do Sądu Najwyższego Florydy o wyjaśnienie, na jakiej podstawie przedłużył czas liczenia głosów poza przewidziany prawem stanowym termin 14 listopada. Decyzję tę uznano za porażkę Gore'a. 8 grudnia Sąd Najwyższy Florydy nakazał ponowne sprawdzenie 43 tys. kart do głosowania w hrabstwie Miami Dade i Palm Beach, co tym razem uznano za przegraną Busha. W prasie podano, że przewaga Busha nad Gorem zmalała do 154 głosów.4 Bush natychmiast oświadczył, że jego prawnicy odwołają się do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

I tak 9 grudnia Sąd Najwyższy USA głosami 5:4 postanowił podjąć tę sprawę i wysłuchać argumentów obu stron. We wtorek 12 grudnia 2000 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych głosami 5:4 orzekł, że nie ma już czasu na ręczne sprawdzanie kart do głosowania według jednolitych kryteriów, ponieważ zgodnie z prawem wyborczym 18 grudnia elektorzy członkowie Kolegium Elektorskiego muszą oddać głosy i dokonać wyboru prezydenta. Równocześnie Sąd Najwyższy głosami 7:2 unieważnił decyzję Sądu Najwyższego Florydy z 8 grudnia o ponownym sprawdzeniu 43 tys. kart do głosowania, odrzuconych przez maszyny jako nieważne.

Oznaczało to, że w Kolegium Elektorskim Bush przejął wszystkie 25 głosów elektorskich Florydy i będzie miał w sumie 271 głosów. O jeden głos więcej aniżeli potrzeba, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Gore otrzymał 267 głosów. Dopiero trzydziestego szóstego dnia od momentu, kiedy Amerykanie poszli do urn wyborczych, ostatecznie dowiedzieli się, kto zostanie prezydentem ich kraju.

Dwanaście godzin po orzeczeniu Sądu Najwyższego USA Gore polecił swojemu komitetowi wstrzymanie działalności na Florydzie. Zanim Gore wystąpił z publicznym przemówieniem, zadzwonił wspaniałomyślnie do Busha i pogratulował mu zwycięstwa. Żartobliwie obiecał, że tym razem nie zadzwoni powtórnie. Obaj uzgodnili, że uczynią wszystko, aby zaleczyć rany wywołane w społeczeństwie zaciętą walką wyborczą. "Teraz, kiedy przemówił Sąd Najwyższy, nie powinniśmy mieć wątpliwości. Choć nie zgadzam się z decyzją sądu, przyjmuję ją" - podkreślił urzędujący wiceprezydent.5 Również prezydent Clinton zadzwonił do prezydenta elekta Busha z gratulacjami i przyrzekł udzielić mu wszelkiej pomocy w sprawnym przejęciu władzy.

George W. Bush pojawił się w telewizji godzinę po wystąpieniu Gore'a. W jego przemówieniu nie było triumfu, raczej uczucie ulgi po gorzkich sporach związanych z liczeniem głosów. "Nie zostałem wybrany, by służyć jednej partii, lecz by służyć jednemu narodowi" - powiedział. Bush nadał swojemu przemówieniu ton pojednawczy. Powiedział m.in.: "Mam nadzieję, że długie oczekiwanie ostatnich pięciu tygodni wzmocni pragnienie przezwyciężenia goryczy i podziałów politycznych. Nasz naród musi się wznieść ponad podziałami. Wspólne nadzieje, cele i wartości Amerykanów są o wiele ważniejsze niż polityczne różnice. Republikanie chcą tego, co najlepsze dla naszego państwa. Demokraci tak samo. Możemy głosować inaczej, ale pragniemy tego samego. Wiem, że Amerykanie chcą pojednania i jedności. Wiem, że Amerykanie chcą postępu. Musimy wykorzystać ten moment i zapewnić im to. [...]"6

Po tym jak Gore uznał zwycięstwo Busha, sąd federalny zwolnił 5.3 mln dolarów, które należały się Bushowi na przygotowanie się do przejęcia władzy. Dotąd rząd odmawiał Bushowi przekazania pieniędzy i kluczy do biur w Waszyngtonie, w których mieli urzędować jego ludzie do czasu zaprzysiężenia 20 stycznia 2001 roku. Bush w związku z tym zaapelował do prywatnych sponsorów o zbiórkę pieniędzy na ten cel i wynajął biura dla swojego personelu w pobliżu Waszyngtonu.

Nieprzypadkowo Bush, chcąc uspokoić świat co do kierunku swojej polityki zagranicznej, pierwsze nominacje ogłosił w tej właśnie dziedzinie. Stanowisko sekretarza stanu powierzył generałowi w stanie spoczynku Colinowi Powellowi. Zapowiedział tę nominację już 15 grudnia. Doradcą prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego została Condoleezza Rice. Sekretarzem obrony mianowano 68-letniego Donalda Rumsfelda, który tę funkcję pełnił w administracji George'a Forda, a sekretarzem skarbu 65-letniego Paula O'Neilla, prezesa potężnego koncernu aluminiowego Alcoa Corp. Sekretarzem rolnictwa po raz pierwszy została kobieta - Ann M. Veneman. Sekretarzem handlu mianowano długoletniego przyjaciela Busha Donalda Evansa.

W poniedziałek 18 grudnia 2000 roku, zgodnie z prawem wyborczym, elektorzy w stolicach swoich stanów oddali głosy na zwycięzcę w ich stanie. Nie było niespodzianki. George W. Bush otrzymał 271 głosów, Gore - 266 głosów, o jeden mniej niż w rzeczywistości dostał, ponieważ jeden z elektorów, Barbara Lett z Waszyngtonu, oddała pustą kartę, protestując przeciw temu, że stolica USA nie ma swojej reprezentacji w Kongresie.

Następnego dnia po decyzji Kolegium Elektorskiego prezydent elekt złożył kurtuazyjną wizytę w Białym Domu prezydentowi Clintonowi. "Przyszedłem tu, by słuchać" - powiedział Bush reporterom przed rozmową z prezydentem. Podczas 70-minutowego spotkania rozmawiano także o sprawach międzynarodowych.

George W. Bush junior objął fotel prezydencki w dogodnej dla niego sytuacji ekonomicznej Stanów Zjednoczonych, ale w trudnych warunkach politycznych. To sędziowie Sądu Najwyższego USA mianowani przez republikańskich prezydentów zdecydowali o tym, że Bush został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Co piąty Amerykanin nie uznawał tej decyzji. Społeczeństwo się głęboko podzieliło i niektórzy Amerykanie będą podważać jego prezydencki mandat. Demokraci na długo zapamiętają spory wokół liczenia głosów.

Znany publicysta amerykański Jim Hoagland pisał na ten temat: "Ale by efektywnie rządzić, Bush musi dziś zdobyć sobie również autorytet moralny. Udowadnianie, że nie jest Billem Clintonem, więcej cudów już tu nie uczyni. Nie pomoże też wspaniałe przemówienie inauguracyjne czy też zatrudnienie kilku ministrów z Partii Demokratycznej. Zamiast tego Bush winien skupić się na dwóch podstawowych miernikach narodowego pojednania: zapewnieniu demokratom udziału we władzach w podzielonym Kongresie oraz przywróceniu wiarygodności władzy sądowniczej - tej z amerykańskich instytucji, która po wyborach poniosła największe szkody".

Niełatwo będzie zwalczyć przekonanie, że wybory rozstrzygnęli ostatecznie sympatycy Busha w Sądzie Najwyższym w Waszyngtonie, pokonując stronników Gore'a w Sądzie Najwyższym Florydy. Przekonanie to zostało spotęgowane pośpiechem związanym z wydaniem we wtorkową noc wyroku przez pięciu, stanowiących większość, sędziów sądu federalnego; pośpiechem mającym służyć nieprzekroczeniu terminu wyboru elektorów - tak by uchronić głosy elektorskie z Florydy przed ich ewentualnym zakwestionowaniem w Kongresie.7

To, co się wydarzyło w ubiegłorocznych wyborach w Stanach Zjednoczonych, na pewno spowoduje, że wzrosną naciski na zmodernizowanie amerykańskiego systemu wyborczego. Aby jednak do tego doszło, musi być przyjęta poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Przyjęcie takiej poprawki jest jednak mało prawdopodobne, ponieważ wymaga to zgody większości - 2/3 - kongresmanów USA oraz ratyfikowania takiej poprawki przez 3/4 legislatur stanowych.

Ponieważ obecny system wyborczy faworyzuje małe stany, a tych jest więcej, uzyskanie takiej aprobaty jest mało prawdopodobne.

1 International Herald Tribune 10 listopada 2000 r.;
2 Gazeta Wyborcza 28 listopada 2000 r.;
3 IHT 4 grudnia 2000 r.;
4 IHT 9-10 grudnia 2000 r.;
5 IHT 15 grudnia 2000 r.;
6 Teksty wystąpień A. Gore'a i G. W. Busha Gazeta Wyborcza 15 grudnia 2000 r. oraz IHT 15 grudnia 2000 r.;
7 Tekst artykułu Rzeczpospolita 21 grudnia 2000 r.

Prof. LONGIN PASTUSIAK, poseł na Sejm, jest amerykanistą, pracuje w Katedrze Teorii Polityki Uniwersytetu Gdańskiego.