Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF MICHAŁEK
WYGRAĆ, ABY CZASAMI... PRZEGRAĆ
Wiedza i Życie nr 4/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/2001

Czy sytuacja, w której Al Gore, wygrywając w głosowaniu powszechnym, nie uzyskał prezydentury, była "wypadkiem przy pracy" w codziennym funkcjonowaniu demokracji w Stanach Zjednoczonych, czy też przejawem kryzysu całego systemu?

System wyboru prezydenta w Stanach Zjednoczonych - w obecnym kształcie - stanowi rezultat nałożenia się prawodawstwa federalnego i stanowego. W pierwszym przypadku mowa o systemowych rozwiązaniach zapisanych w podstawowym tekście Konstytucji Stanów Zjednoczonych i późniejszych do niej poprawkach. Konstytucja, uchwalona w 1787 roku i obowiązująca po ratyfikacji przez większość stanów w 1789 roku, stanowiła rezultat pewnego kompromisu politycznego. Został on zawarty między zwolennikami poglądu o dobrych intencjach i zdrowym rozsądku każdego obywatela oraz tymi, którzy byli przekonani, że w każdym społeczeństwie istnieje niebezpieczeństwo pojawienia się postaw populistycznych. Rozwiązaniem kompromisowym stała się zatem zgoda na wybory dwustopniowe. Pierwszy stopień stanowi głosowanie powszechne wszystkich uprawnionych do tego obywateli. Głosują oni na elektorów reprezentujących te partie polityczne, które zgłosiły kandydatów na prezydenta. W ten sposób wola wszystkich wyborców może znaleźć swoje odbicie w postaci wyłonionych elektorów. Na tym kończy się pierwsze pole kompromisu. Drugie dotyczy liczby elektorów.

Liczba elektorów jest zależna od liczby przedstawicieli danego stanu w Izbie Reprezentantów i Senacie. Ponieważ w Izbie Reprezentantów liczba przedstawicieli pozostaje w proporcji do liczby ludności zamieszkującej dany stan, a w Senacie liczba przedstawicieli jest stała (po 2 osoby z każdego stanu), więc liczba elektorów równa się liczbie kongresmanów i senatorów z danego stanu. Elektorzy nie mogą zasiadać w Kongresie i są wybierani jedynie na czas konkretnych wyborów prezydenckich. Ponieważ w roku 2000 w obu izbach Kongresu zasiadało 538 osób, więc również na taką liczbę elektorów głosowali Amerykanie w wyborach prezydenckich. Od 1845 roku dzień wyborczy został określony jako pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Tym samym 7 listopada 2000 roku Amerykanie wybierali 538 elektorów w czasie ostatnich w XX wieku wyborów prezydenckich.

W dniu wyborów więcej Amerykanów poparło kandydata Partii Demokratycznej, Ala Gore'a, niż kandydata Partii Republikańskiej, George'a W. Busha. Amerykański system wyborczy jest systemem większościowym. Oznacza to, że całą pulę głosów elektorskich przysługujących danemu stanowi przyporządkowuje się temu kandydatowi, który uzyskał największą liczbę głosów w tym stanie. Jeśli zatem, na przykład, w Kalifornii Al Gore uzyskał 5.25 mln głosów, a George W. Bush 4.05 mln, to cała pula 54 głosów elektorskich z tego stanu przypadła Gore'owi. Jeśli z kolei Bush uzyskał przewagę w Teksasie w głosowaniu powszechnym (3.79 mln do 2.42 mln), to pula 32 głosów elektorskich przypadła jemu. Uwzględniając ogólną liczbę głosów elektorskich - 538 - Gore lub Bush powinien był uzyskać minimum 270, aby zostać prezydentem. Już 7 listopada można było stwierdzić, że Al Gore uzyskał 267 głosów elektorskich, a George W. Bush 246 głosów. Jednak w rachunku tym brakowało wyników z jednego stanu - Florydy. Przynależne mu 25 głosów elektorskich, dodane któremuś z kandydatów, przesądzały o ostatecznym wyniku wyborów prezydenckich. Dodane Gore'owi znacznie zwiększyłyby jego przewagę (267 + 25 = 292). Z kolei dodane Bushowi niwelowały dotychczasową przewagę Gore'a i oddawały zwycięstwo kandydatowi Partii Republikańskiej (246 + 25 = 271). Głosy Florydy okazały się zatem decydujące o wyniku wyborów prezydenckich roku 2000. I tu dochodzimy do drugiej zasadniczej kwestii związanej z systemem wyborczym - stykiem prawa federalnego i stanowego, regulującego proces wyborczy.

Jeśli amerykańska Konstytucja określa systemowe rozwiązania dla wyborów prezydenckich, to nie odnosi się do procedur i technik wyborczych. Nie ma zatem ani ogólnokrajowej ordynacji, ani jednolitej metody oddawania głosów. Wszystkie te kwestie regulują prawa stanowe - określają, czy, a jeśli tak, to w jakich sytuacjach, można powtórzyć głosowanie. To one decydują, kiedy można ponownie liczyć głosy już oddane, to w prawach stanowych zapisane są informacje dotyczące techniki głosowania (stosowanie maszyn do głosowania działających na zasadzie dziurkacza, głosowanie ręczne poprzez zakreślenie miejsc na karcie czy w końcu głosowanie elektroniczne za pomocą komputerów). Ze względu na niewielką różnicę (mniej niż 1%), dzielącą Busha od Gore'a w głosowaniu powszechnym na Florydzie, można było się powołać (co uczynili demokraci) na zapisaną prawem stanowym możliwość ponownego przeliczenia głosów. Puszka Pandory została otwarta.

Wkrótce okazało się bowiem, że na Florydzie w kwestiach procedur i technik wyborczych panował wielki bałagan. Karty do głosowania różniły się w poszczególnych okręgach wyborczych, podobnie jak podejście do interpretacji woli wyborców oddających głosy przy użyciu maszyn do głosowania. Jeśli do tego dodać jeszcze manewry prawno-polityczne obu stron, a zwłaszcza demokratów, to zrozumiały stanie się pogląd o rodzącym się kryzysie politycznym, a nawet konstytucyjnym. 26 listopada władze wykonawcze Florydy ogłosiły, że George Bush wygrał wybory w tym stanie przewagą 537 głosów. Zostało to zakwestionowane przez sztab wyborczy Gore'a, żądający dalszego liczenia głosów. Dopiero decyzja Sądu Najwyższego z 12 grudnia 2000 roku o wstrzymaniu liczenia głosów i uznaniu rezultatów z 26 listopada przesądziła o wyniku wyborów na Florydzie i tym samym w całym kraju. George Bush, uzyskując 271 głosów elektorskich, został czterdziestym trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Znając mechanizm wyboru prezydenta oraz przebieg elekcji z 2000 roku, warto odpowiedzieć na kilka pytań zadawanych w tym czasie. Na pytanie - czy przebieg wyborów roku 2000 stanowi wyraz kryzysu konstytucyjnego - należy odpowiedzieć negatywnie. Po pierwsze, na żadnym etapie nie istniało zagrożenie związane z niewyłonieniem prezydenta. Bez względu na wynik elekcji prezydent Bill Clinton, ustępując 20 stycznia 2001 roku, miałby komu przekazać władzę. W ostateczności prezydenta mógł wyłonić Kongres, a dokładniej Izba Reprezentantów. W ten sposób rozstrzygnięto o osobie prezydenta w 1800 i 1824 roku (trzecie, wyjątkowe wybory, odbyły się w 1888 roku, kiedy - podobnie jak w roku ubiegłym - prezydenta wybrało Kolegium Elektorów; był nim kandydat, który zdobył mniej głosów w wyborach powszechnych). Po drugie, orzeczenie Sądu Najwyższego USA zostało uznane przez wszystkie zaangażowane w spór strony - sztaby wyborcze obu kandydatów, legislaturę, władzę wykonawczą i sądowniczą stanu Floryda.

Czy zaistniał zatem kryzys systemu politycznego? I tu odpowiedź jest negatywna. Partie nie rozpadły się w wyniku ostrej rywalizacji wyborczej. Zostały zachowane podstawowe zwyczaje polityczne wypracowane w XIX i XX wieku. Obejmują one między innymi takie elementy, jak przemówienie kandydata przegrywającego, potwierdzające porażkę, a zarazem zawierające gratulacje dla zwycięzcy oraz wezwanie do jedności narodu. Wszystkie te elementy są niezwykle ważne, jeśli uwzględnić fakt, że do rozpadu państwa amerykańskiego w II połowie XIX wieku doszło w związku z określonym rezultatem wyborów prezydenckich 1860 roku. Inauguracja nowego prezydenta 20 stycznia 2001 roku obejmowała również wszystkie elementy przewidziane prawem i zwyczajem politycznym. Kompletowanie przez niego gabinetu w styczniu i lutym br. przebiegło zaś znacznie lepiej, niż to przewidywano jeszcze w okresie sporów wyborczych. Pamiętać przy tym należy, że każdy członek gabinetu musi uzyskać z osobna akceptację Senatu USA.

Czy może zatem w listopadzie i grudniu 2000 roku Amerykanie doświadczyli kryzysu systemu wyborczego? Odpowiedź na to pytanie nie jest już tak jednoznaczna. Po pierwsze, o ostatecznym rezultacie wyniku wyborów przesądził Sąd Najwyższy, a więc ta gałąź władzy, która nie ma uprawnień zapisanych w Konstytucji do uczestniczenia w procesie wyborczym (Konstytucja przewiduje jedynie udział władz wykonawczych i ustawodawczych). Po wtóre, ujawnił swe negatywne skutki brak federalnej ordynacji wyborczej, a przynajmniej określenia przez prawo federalne podstawowych zasad kształtowania stanowych ordynacji wyborczych (w takiej kwestii jak np. powtórzenie wyborów lub ponowne liczenie głosów). Po trzecie, niedoskonałe okazały się techniki wyborcze związane z samym sposobem oddawania głosów, jak i późniejszego ich liczenia. Problemy związane z funkcjonowaniem systemu wyborczego, odczuwalne przecież także przed wyborami 2000 roku, ujawniły się z całą siłą, gdy okazało się, że różnica głosów dzieląca zwycięzcę od przegranego jest bardzo niewielka i każdy głos - nie tylko w przenośni, ale i dosłownie - ma wielką wagę i wpływa na sukces lub porażkę wyborczą.

Jakie jest zatem przesłanie płynące z ciekawej i emocjonującej elekcji prezydenckiej 2000 roku - czy warto wygrać..., aby czasami przegrać? Odpowiedź na to pytanie jest w istocie kwestią stosunku do demokracji i tego, co określa się mianem państwa prawa. Przeciwnik demokratycznego systemu wyłaniania władzy powie więc, że amerykańskie wybory ukazały słabość tego systemu. Jeśli bowiem kandydat przegrywający w wyborach powszechnych uzyskuje prezydenturę, to gdzie jest granica pomiędzy podstawową zasadą demokratycznego sprawowania władzy opartą na prymacie woli większości nad stanowiskiem mniejszości, a zwykłym uzurpowaniem sobie władzy.

Zwolennik systemu demokratycznego uzna jednak, że skoro dwustopniowy system wyborczy został zakotwiczony w Konstytucji stanowiącej fundament systemu politycznego, a zarazem akceptowanej w przeszłości i obecnie przez zdecydowaną większość amerykańskiego społeczeństwa, to w istocie można mówić o porządku w pełni demokratycznym. Jeśli w dodatku porządek ten jest akceptowany przez wszystkie uczestniczące w procesie politycznym i wyborczym strony, to można mówić o funkcjonowaniu i systemu demokratycznego, i państwa prawa. Wydaje się zatem, że warto grać, by wygrać, a czasami nawet..., aby przegrać.

Prof. KRZYSZTOF MICHAŁEK jest amerykanistą, pracuje w Uniwersytecie Warszawskim i Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku.