Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - NA WZÓR I PODOBIEŃSTWO
Wiedza i Życie nr 5/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 5/2001

Dawno nie widziałem się z panem S., dlatego skwapliwie przystałem na propozycję wypicia kawy w jego towarzystwie. Do kawiarni przyszedłem przed nim, usiadłem przy stoliku, ale ledwo zdążyłem cokolwiek zamówić, zjawił się pan S. Wyglądał na bardzo zmęczonego, chciałem więc przynajmniej wstępną część rozmowy skierować na jakiś błahy temat; nie udało się, pan S. jak zwykle przeszedł od razu do meritum.

Prawie rok mnie nie było w Polsce, krążyłem między dawnymi miejscami pracy, koledzy zauważyli jakieś rocznice, koniecznie chcieli, bym dał powód do świętowania. Wróciłem parę tygodni temu i trafiłem na wielkie biadolenie, że oto szerzy się bezrobocie tzw. absolwentów. Biadolą, naturalnie, nie wszyscy absolwenci, bo jak powiada mój przyjaciel, informatyk z dobrej polskiej szkoły, sam by chętnie zatrudnił swoich absolwentów, gdyby tylko którykolwiek szukał pracy. Biadolą głównie ci, którzy uwierzyli, że krótkie i niezbyt intelektualnie męczące studia w szkółkach o nazwach tym bardziej pompatycznych, im mniej mają do zaoferowania, dają żelazny glejt na życiową prosperity. Wtórują im żurnaliści, którzy kilka lat temu przekonywali naiwnych, że tzw. stopień skolaryzacji jest motorem wszelkiego postępu i gwarancją powszechnego dobrobytu. Niestety, odnieśli sukces: tłumy uwierzyły i teraz jest jak jest, watahy specjalistów od marketingu, public relations i innych modnych, a bez życiowej praktyki doskonale czczych przedmiotów szukają zatrudnienia godnego ich rozbudzonych aspiracji. A żurnaliści przekonują, że powinno być inaczej, na wzór i podobieństwo bogatych krajów.

Nie wiem, skąd się bierze takie woluntarystyczne interpretowanie statystycznych korelacji. W końcu istnieje też wyraźna dodatnia korelacja między dobrobytem społeczeństwa a ilością produkowanych przezeń gazów cieplarnianych. USA, liczące 5% ludności świata, wytwarzają 25% globalnej produkcji CO2; może by więc dobrobyt w Polsce tworzyć, paląc na otwartym powietrzu zużyte smary, plastikowe opakowania, odpadki sanitarne, opony i inne śmiecie? Co, uważa Pan, że nawet największy idiota widzi, iż wytwarzanie wielkiej ilości CO2 - jest niezbyt pożądanym skutkiem społecznego bogactwa? A stopień skolaryzacji to nie? No może nie jest aż tak szkodliwy jak zatruwanie atmosfery, prawda, prawda. Ale też jest skutkiem, a nie przyczyną! Kto zaś nie wierzy, niech popatrzy na statystyki z krajów, które w ostatnich latach dochodziły do jako takiej zamożności: masowy rozwój szkolnictwa wyższego następował po, a nie przed skokowym zwiększeniem PKB i wcale nie uchronił przed załamaniem gospodarki (vide: np. Korea Płd.).

A jak się nam stawia przed oczy przykład USA, że to niby patrzcie i naśladujcie, to najpierw trzeba by wskazać, jakiż to mamy produkt eksportowy, który mógłby równać się z przebojem i ostoją amerykańskiego eksportu: paczkami papieru zadrukowanego niewysychającą zielonkawą farbą. Nie na darmo w czasie niedawnej farsy wyborczej mądrzy Amerykanie mówili, że się nie przejmują, bo prawdziwym prezydentem i tak jest Alan Greenspan, prezes Federal Reserve (ichniego banku centralnego), który jakoś nie zabiega o posadę "personalnej tup-tup-tup" za granicą.

Patrzę ci ja na tych kilka dobrych polskich szkół wyższych i skóra mi cierpnie. Rozrastają się jak balony nadmuchiwane gorącym powietrzem (niech mi pan wybaczy ten obcy idiomatyzm, za dużo ostatnio mówiłem po angielsku). Trwałej substancji nie przybywa, powłoka coraz cieńsza, a w środku ciśnienie rośnie.

Gapimy się na kraje zamożne i jakoś nie widzimy, że tam dobre uczelnie są nieduże, ale za to świetnie wyposażone. Kuźnia amerykańskiej kadry innowacyjnej, Massachusetts Institute of Technology (MIT), ma zaledwie 4400 studentów niższego poziomu i 5500 wyższego (magisterskiego i doktorskiego), ale zatrudnia 8000 pracowników naukowych. Brytyjski Cambridge (ten prawdziwy, a nie jedna z dziesiątków szkółek parafialnych, które pakują "Cambridge" do nazwy, żeby naiwnych oszukać) ma 11 000 studentów niższego poziomu i 4500 wyższego, a zatrudnia 7000 pracowników naukowych, nie licząc personelu własnego poszczególnych college'ów (w tym owych słynnych tutorów, sprawujących indywidualną opiekę nad studentami). Uniwersytet Warszawski ma dużo więcej studentów niż MIT i Cambridge łącznie, a pracowników naukowych mniej niż którykolwiek z nich. Na pracę poza macierzystą uczelnią pracownikowi MIT wolno poświęcić nie więcej niż jeden dzień w tygodniu1, pracownicy UW pracują zaś często na dwu i więcej etatach, nie licząc zajęć dorywczych; niestety trzeba więc uznać, że efektywnie dysponuje on nie więcej niż połową liczby formalnie zatrudnionych.

A wpływy? Oprócz czesnego są nimi szczodre datki firm przemysłowych i... absolwentów. W zeszłym roku Cambridge, który dostaje także pogłówne za każdego studenta, płacone przez brytyjski MEN, otrzymał 40 mln funtów od Marconiego, 25 mln od BP, 12 mln od Microsoftu, by wspomnieć tylko najhojniejszych ofiarodawców. MIT, który nie ma bezpośredniego wsparcia rządowego, rozwinął właśnie wielką kwestę "na początek XXI wieku", której celem jest zebranie półtora miliarda (sic!) dolarów od absolwentów i sympatyków. Pewna zamożna osoba prywatna przysłała na dobry początek czek na 100 mln dolarów (dla porównania: edukacyjna dotacja budżetu państwa dla UW wynosi ok. 150 mln złotych rocznie). W przeciwieństwie do darów przemysłu, które zwykle są przeznaczone na konkretny cel jakoś tam związany z ofiarodawcą, datki absolwentów są zazwyczaj wolne od ograniczeń; ogromną kwotę z kwesty początku XXI wieku MIT zamierza przeznaczyć na zwiększenie wynagrodzeń pracowniczych, stypendia studenckie (przede wszystkim na rekompensowanie zwolnień z czesnego!) i na wydatki strukturalne.

A buduje się dużo i bardzo dobrze, nowy budynek dla Wydziału Informatyki MIT zaprojektował sam Frank Gehry. Niespełna 70-hektarowy campus MIT ciągle się zmienia, burzy się jedne budynki, powstają nowe, lepiej wyposażone: laboratoria MIT (i Cambridge) należą do najlepszych na świecie, często są lepsze i nowsze niż te, którymi dysponują bogate korporacje przemysłowe.

Więc kiedy się mówi o wpływie edukacji na rozwój gospodarczy kraju, to trzeba pamiętać nie tylko o stopniu skolaryzacji, który i tak będzie rósł wraz z zamożnością kraju, bo odzwierciedla głównie społeczne wydatki na cele wychowawcze, lecz także przede wszystkim! konieczności funkcjonowania wylęgarni elit intelektualnych, szkół, których absolwenci nie mają problemów z zatrudnieniem. I trzeba pamiętać, że definicji! elita jest nieliczna, a przynależność do niej nie jest prawem przyrodzonym, lecz przywilejem przysługującym wybitnym jednostkom.

W polskich uczelniach - niestety! - zakorzenił się "związkowy" model kariery pracowniczej: w czasie okresowych przeglądów kadry zwraca się nadmierną uwagę na to, by "człowieka nie skrzywdzić", wskutek tego zbyt wiele miernot mozolnie, lecz pewnie awansuje od asystentury po profesurę, przyznawaną około sześćdziesiątki "żeby człowiek miał wyższą emeryturę".

Akurat kiedy byłem (z powodów, o których panu wspominałem) w MIT, na moim dawnym wydziale trwał okresowy przegląd kadry. Z nadmiernej zapewne kurtuazji dawni koledzy zaprosili mnie do udziału w komisji. I choć w Polsce uchodzę za straszliwą piłę, tam okazało się, że pobyt w ojczyźnie tak stępił mój krytycyzm, iż byłem najłagodniejszym z oceniających. Zdecydowana większość osób poddanych przeglądowi nie uzyskała aprobaty komisji, będą musiały odejść. Na ich miejsce przyjdą nowi doktorzy, którzy za trzy lata staną przed komisją, a ta znowu zdyskwalifikuje większość ocenianych. Profesorską nominację (tenurę) w MIT dostaje niewielki odsetek przyjmowanych na pierwszy szczebel po doktoracie, tam zwanych assistant professors, w Polsce zaś - adiunktami.

W Polsce prawdziwie zamożnych dobroczyńców nie ma i długo jeszcze nie będzie, przemysł, jaki jest, każdy widzi. Rzetelną naukę i elitarne szkolnictwo w Polsce może finansować tylko Rzeczpospolita, od dziesięcioleci przeznaczająca śladowe środki na "naukę i szkolnictwo wyższe". Jeśli przy tym nadal będzie matkować wszystkim, miernotom i wybitnym, tych ostatnich będzie coraz mniej, bo równościowa "sprawiedliwość" jest zabójcza dla nieprzeciętnie dobrych. A chór zawiedzionych będzie coraz głośniejszy. W końcu to nie ich wina, że uwierzyli, iż śmieszna czapka z kutasikiem i wielobarwny dyplom Nadstrużańskiej Akademii Biznesu i Centrum Informatycznego (NABiCI), współpracującej z Uniwersytetem Korespondencyjnym w Kalamazoo (USA), dają im prawo do natychmiastowego zatrudnienia na stanowisku prezesa banku i do foteli w pięciu radach nadzorczych, działających wedle niemieckiego kodeksu handlowego w polskim przekładzie.

Pan S. tak się zacietrzewił, że aż pokraśniał na twarzy. Szybko wypił wystygłą już kawę i na odchodnym powiedział: Spieszę na pokerka, niech mi pan życzy wygranej, muszę zapłacić rachunek telefoniczny, a ostatnio grzebałem trochę w Internecie. Rzeczywiście, pomyślałem, łącza w Polsce są tak ślamazarne, a opłaty tak wysokie, że nietrudno profesorską pensję mocno nadwerężyć w kilka nocy zdalnego szperania w bibliotekach i archiwach bezpłatnie udostępnianych przez zagraniczne placówki naukowe.

1Tak stanowi umowa o pracę; kto uważa, że gwałci to jego wolność osobistą, może jej nie podpisywać; prawo do pracy w MIT nie jest gwarantowane przez Konstytucję.