Twoja wyszukiwarka

MAREK PARYŻ
WESTERN CIAGLE ŻYWY
Wiedza i Życie nr 7/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/2001

Czy wiecie, że western to nie tylko film? Jednak w kinie zrobił największą karierę i dziś, choć liczy sobie już 100 lat, wciąż ma wielu wielbicieli.

Są tacy, którzy cenią ten gatunek filmowy za sensację, inni skłonni są oglądać westerny dlatego, że mogą zobaczyć w nich swoich ulubionych aktorów. Jeszcze inni oczekują egzotyki, którą kojarzą z tzw. Dzikim Zachodem. Trudno jednak byłoby wyjaśnić przyczyny trwałości tego gatunku, biorąc pod uwagę jedynie - zmienne zresztą - gusta widzów.

Gdy mówimy o fenomenie westernu, nie sposób nie odwołać się do historii kina, bo western jest w niej obecny od samego początku. Ale to nie tylko kino; to także, a może przede wszystkim, dzieje Ameryki, jej literatury i kultury. Gdybyśmy mieli przyjrzeć się wyłącznie "filmowej" karierze westernu, stracilibyśmy z oczu sto lat, a może nawet więcej, jego historii. Motywy, które znajdziemy w westernie, pojawiły się w kronikach pierwszych osadników angielskich w Ameryce: wystarczy przypomnieć historię indiańskiej księżniczki Pocahontas, którą mogliśmy obejrzeć niedawno w wersji animowanej, a pierwotnie spisaną przez Johna Smitha, kronikarza Wirginii, pierwszej kolonii angielskiej.

Temat konfrontacji z dziką puszczą amerykańską i jej mieszkańcami poruszany był w piśmiennictwie purytan, których pierwsza grupa przybyła do Ameryki w 1620 roku. Przywódca tej wyprawy, William Bradford, był przez wiele lat gubernatorem założonej wówczas kolonii Plymouth i spisał jej historię. Tematem "Plantacji Plymouth", taki tytuł nosiło bowiem dzieło Bradforda, były wyzwania, jakim musieli sprostać koloniści na nie okiełznanej ziemi zamieszkanej przez "dzikich" ludzi. Nie można oczywiście uznać kronik tego typu za źródło westernu, ale właśnie w społeczeństwie purytańskim pojawił się gatunek literacki, którego kilka ważnych wątków można skojarzyć z westernem. Chodzi tu o relacje z porwań (ang. captivity narratives). Teksty te opowiadały o uprowadzeniu osadników przez Indian, o cierpieniach doświadczanych przez ofiary, o wewnętrznej sile, która się w nich kształtowała i pozwalała wytrwać do momentu powrotu do osady. Relacje z porwań stanowiły namiastkę literatury sensacyjnej w społeczeństwie purytańskim, w którym zabroniona była wszelka fikcja literacka jako przejaw uzurpowania sobie przez człowieka roli Boga.

Motyw uprowadzenia stał się tematem niektórych filmów, choćby "Człowieka zwanego Koniem". Jest to historia porwanego przez Indian arystokraty brytyjskiego, który w niewoli nabiera dla nich takiego szacunku i uznania, że sam zostaje członkiem plemienia. Kamieniem milowym w historii westernu jest film Arthura Penna "Mały Wielki Człowiek", oparty na powieści Thomasa Bergera pod tym samym tytułem - opowieść o białym porwanym i wychowanym przez Indian, który krąży między społecznością indiańską a osadnikami. Jest nawet wywiadowcą w wojsku, by ostatecznie trafić do swojego plemienia i stać się świadkiem rzezi dokonanej przez armię na jego indiańskich braciach. Można wspomnieć w tym miejscu "Tańczącego z wilkami" w reżyserii Kevina Costnera. Nie jest to co prawda historia porwania, ale ewolucja świadomości białego człowieka żyjącego wśród Indian bardzo przypomina tematykę wspomnianych wcześniej filmów.

Źródeł westernu można się doszukać w powieści gotyckiej, która rozwinęła się w Anglii w ostatnich dekadach XVIII wieku i przeszczepiona została na grunt amerykański na przełomie wieków.

Niektórzy pisarze dostosowali formułę gotycką do realiów amerykańskich, umieszczając akcję swoich książek na tzw. Pograniczu, czyli tam, gdzie kończyła się cywilizacja. Prozaikiem, który uczynił to w sposób najbardziej umiejętny i przekonujący, był Charles Brockden Brown. Jego powieść z 1799 roku pt. "Edgar Huntly" zawiera motyw wędrówki tytułowego bohatera przez puszczę, gdzie musi się on zmierzyć z plemieniem Indian. Tematyka Pogranicza i konfrontacji z Indianami powróciła w powieściach Jamesa Fenimore'a Coopera oraz opowiadaniach i szkicach Washingtona Irvinga, którzy odegrali niebagatelną rolę w ukształtowaniu się profesji pisarskiej w Ameryce. Pierwszy z nich napisał klasyczną i wielokrotnie filmowaną (ostatnio przez Michaela Manna) powieść "Ostatni Mohikanin" (1826), drugi zaś był autorem m.in. eseju o charakterze Indian północnoamerykańskich, opublikowanego około 1820 roku.

Zanim westernem zajęło się kino, trafił on na scenę. W 1828 roku najpopularniejszy i najbogatszy wówczas aktor, Edwin Forrest, ogłosił konkurs na sztukę o tematyce amerykańskiej, który wygrał utwór "Metamora, czyli ostatni z Wampanoagów" pióra Johna Augusta Stone'a. Historia Indianina Metamory odniosła sukces tak oszałamiający, że przez następne dwie dekady powstało wiele sztuk kontynuujących ten temat. Być może wtedy western (z tym, że termin ten nie jest tu do końca adekwatny) ujawnił po raz pierwszy swój potencjał w kulturze popularnej.

Kilka dekad później pojawiła się nowa wizualna forma rozrywki - typowo popularna i czysto westernowa. Chodzi o pokazy z Dzikiego Zachodu (ang. Wild West shows), z których prawdziwą furorę zrobił show "Buffalo Bill i Indianie". Jego pomysłodawcą, założycielem i głównym wykonawcą był William Frederick Cody, wcześniej kurier pocztowy, zwiadowca i myśliwy. Pokazy z Dzikiego Zachodu - podczas których popisywano się strzelaniem do celu, zdolnościami jeździeckimi, inscenizowano przejazd osadników przez prerię, napad Indian na dyliżans i polowanie na bizony (zastąpione przez byki), organizowano pokazy zwierząt preriowych - były formą rozrywki cyrkowej; zresztą Cody współpracował z P. T. Barnumem, założycielem pierwszego cyrku w Ameryce. Ważne jest to, że Cody zorganizował dla swojego show ogromne zaplecze z agentami reklamy i specjalistami do spraw finansowych. Historia Buffalo Billa oczywiście doczekała się ekranizacji, a w tytułową rolę wcielił się Paul Newman.

W drugiej połowie XIX wieku western objawił swoją siłę w kulturze popularnej także za sprawą literatury. Już w latach czterdziestych i pięćdziesiątych tego wieku ukształtował się popyt na literaturę popularną: powieści przygodowe, detektywistyczne, nawet lekko pornograficzne. Był to popyt masowy i po raz pierwszy w historii został zaspokojony na skalę masową. Wraz z rozwojem wielkich korporacji, które swoją siecią zaczęły pokrywać także, niegdyś "dziki", Zachód, pojawiło się zapotrzebowanie na mit Zachodu. Pisarze i wydawcy gotowi byli zaspokoić zainteresowania czytelników na pierwsze ich skinienie. Pojawiła się wtedy tzw. dime novel, co można przełożyć jako "powieść za dziesięć centów". Jak sama nazwa wskazuje, były to tanie książeczki w postaci broszur, wykorzystujące utarte schematy fabularne i jednoznacznie definiujące dobre i złe charaktery.

Warto tu przypomnieć oskarowy film Clinta Eastwooda "Bez przebaczenia". Jednym z bohaterów jest pisarz Beauchamp, autor książek o Dzikim Zachodzie. Widz ma okazję prześledzić, jak powstają jego "dzieła". Otóż towarzyszy on bohaterom Pogranicza, spisując bezkrytycznie ich opowieści. Bynajmniej nie stara się usłyszanych słów weryfikować. Eastwood daje nam w ten sposób do zrozumienia, że Dziki Zachód jest jedną wielką fikcją. Tak jak nie możemy ufać pisarzom spisującym najbardziej nieprawdopodobne historie, tak też nie powinniśmy zbytnio wierzyć reżyserom filmowym, a szczególnie tym, którzy zajmują się westernem.

Dzięki pokazom z Dzikiego Zachodu i powieściom z gatunku dime novel powstała taka formuła westernu, jaką znamy. Wypracowanie schematu fabularnego przed pojawieniem się kina umożliwiło westernowi wejście do filmu u samego zarania kinematografii. Geneza westernu dosyć jednoznacznie pokazywała, że pozostanie on w sferze kultury popularnej. Z czasem stał się jednym z czołowych produktów eksportowych amerykańskiego przemysłu filmowego. Western wylansował postaci-ikony kultury masowej: Johna Wayne'a, Gary'ego Coopera, Clinta Eastwooda i wiele innych.

Popularność westernu nieuchronnie prowadziła do znużenia formułą. Zanim jednak to nastąpiło, zrealizowano wiele obrazów filmowych, które weszły do kanonu światowego kina. Któż bowiem nie zna takich tytułów, jak "Dyliżans", "W samo południe", "15.10 do Yumy", "Rio Bravo" czy "Siedmiu wspaniałych"? Realizacje te stworzyły ramy filmowego westernu, które z czasem okazały się za wąskie. Wiele filmów nie potrafiło poza nie wykroczyć i zostało skazanych na zapomnienie. Niemniej jednak najbardziej spektakularne legendy wciąż kuszą reżyserów. Tylko w latach dziewięćdziesiątych widzowie mogli obejrzeć dwie wersje historii Wyatta Earpa: dosyć komiksową George'a P. Cosmatosa ("Tombstone", 1993) i epicką Lawrance'a Kasdana ("Wyatt Earp", 1994). Jak widać, niełatwo zniechęcić twórców westernów.

Zapewne western nie zachowałby świeżości i siły zaskakiwania, gdyby nie ci reżyserzy i scenarzyści, którzy klasyczną formułę chcieli zmienić, nieraz radykalnie, jako gatunek oparty na łatwych do rozszyfrowania regułach. Western był dobrym materiałem dla parodii. Doskonałym przykładem takiego trendu jest film Mela Brooksa "Płonące siodła". Jednak naśmiewanie się z tradycyjnego schematu nie jest jedynym sposobem odświeżenia westernu. Największą zasługę w tym względzie należy przypisać reżyserom, którzy starali się odbrązowić mity Zachodu, pokazać charakterystyczne dla westernu typy postaci w nowym świetle, zarysować dwuznaczności kryjące się za pozornie tylko przejrzystą motywacją bohaterów. Na tym polu najwięcej osiągnęli chyba Arthur Penn i Sam Peckinpah, ostatnio dołączył do nich także Clint Eastwood dzięki filmowi "Bez przebaczenia".

Z Pennem i Peckinpahem krytycy filmowi kojarzą nurt zwany antywesternem. Trudno jednoznacznie zdefiniować tę tendencję, jako że twórcy antywesternów szli w przeróżnych kierunkach. Wspomniany już "Mały Wielki Człowiek" miał zaprzeczyć uproszczonemu myśleniu o Indianach, których wizerunek jako "dzikusów" był bardzo trwały za sprawą "Dyliżansu" Johna Forda, filmu z 1939 roku należącego do ścisłej czołówki klasyków gatunku. Inny western Penna, "Przełomy Missouri", określany jest jako western zdegradowany. Penn nie umieścił w nim bodaj żadnego bohatera pozytywnego. Taka operacja służyła krytycznej analizie kategorii heroizmu (chyba z większym sukcesem osiągnął to Eastwood w "Bez przebaczenia"). Z kolei Peckinpah zasłynął jako filmowiec ukazujący zmierzch Dzikiego Zachodu w takich obrazach, jak "Dzika banda" i "Pat Garret i Billy Kid". Portretował on ludzi Zachodu nie potrafiących znaleźć sobie miejsca w nowym świecie, w którym przestrzeń dla ludzi Pogranicza, zarówno zdeprawowanych bandytów, jak i stróżów prawa, gwałtownie się skurczyła.

Do nurtu rewizjonistycznego w westernie, reprezentowanego przez antywestern, można też zaliczyć spaghetti western. Twórców tego podgatunku, z których czołowym był Sergio Leone ("Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej", "Dobry, Zły i Brzydki", "Dawno temu na Dzikim Zachodzie"), oskarżano o epatowanie widza nadmierną przemocą. Wartość życia człowieka w spaghetti westernie bliska była zeru. Zabijano w nim, często uciekając się do wyszukanych metod i czerpiąc z tego przyjemność. Do tego dochodziła wielce dwuznaczna motywacja bohaterów, których przy pewnych zastrzeżeniach można było uznać za pozytywnych (u Leone kreował ich zwykle Eastwood). Rewizjonistyczny potencjał spaghetti westernu polegał na tym, że dokonał on teatralizacji konwencji tego gatunku, odarł go z otoczki prawdziwości.

O trwałości westernu decydują nie tylko konwencje, których się przestrzega bądź którym się zaprzecza, ale także to, że jest on niejako historią Stanów Zjednoczonych w pigułce. Znajdziemy w westernach odwołania do takich wydarzeń historycznych, jak wojna z Meksykiem, wojna secesyjna, pacyfikacja Indian. Niestety, zdarzało się, że historią manipulowano. Miało to miejsce np. w filmie "Alamo" z Johnem Wayne'em w roli głównej, w którym raczej nieuczciwie odmalowano żądnych krwi Meksykanów oblegających tytułową twierdzę. Zwykle zresztą western traktuje wydarzenia historyczne instrumentalnie lub z dużą dowolnością, nie tyle z pobudek ideologicznych, jak w przypadku "Alamo", ale praktycznych.

Ważnym procesem historycznym odzwierciedlonym w westernie jest formowanie się demokracji amerykańskiej, którą na Zachodzie sprawdzano metodą prób i błędów. Wiele westernów, np. z lat pięćdziesiątych, jest pochwałą demokratycznego narodu amerykańskiego. Jednak późniejsze produkcje rzucają cień wątpliwości na intencje i metody głosicieli demokracji. Odwołajmy się raz jeszcze do "Pata Garreta i Billy'ego Kida". Otóż jest w tym filmie scena, która spostrzegawczemu widzowi każe się zastanowić nad jakością demokracji: widzimy szubienicę wznoszoną dla Kida, a w tle powiewa flaga amerykańska. W tym pojedynczym ujęciu Peckinpah wyraził naprawdę bardzo dużo.

O sile westernu decyduje również fakt, iż stał się on własnością dosłownie całego świata. Wiele kinematografii narodowych stworzyło gatunki filmowe odpowiadające estetyce i tematyce westernu. Do historii gatunku przejdą na pewno Włosi, którzy stworzyli formułę spaghetti. Oprócz nich po western sięgali Niemcy, którzy w kooperacji z Jugosławią zekranizowali "Winnetou". "Ślad Sokoła" był realizacją NRD-owską, a Francuzi nakręcili "Viva Marię!", western z przymrużeniem oka. Jeszcze dalej western dotarł w formie literackiej. Nie sposób nie wspomnieć Karola Maya, dzięki któremu Niemcy mają Winnetou i Old Shatterhanda. Z kolei Czesi mogą pochwalić się swoim Lemoniadowym Joe (książka JirĄi BrdecĄki została sfilmowana w 1964 roku), a my wysłaliśmy na Dziki Zachód m.in. Tytusa (z Romkiem i Atomkiem) czy Tomka Wilmowskiego - bohatera popularnego przed laty cyklu powieści Alfreda Szklarskiego.

Western wpływa na inne gatunki filmowe. Oddział żołnierzy amerykańskich w wietnamskiej dżungli nierzadko wygląda tak, jakby dziewiętnastowiecznych traperów wyposażono w nowoczesną broń i przeniesiono tam z amerykańskiej puszczy. Podobnie Clint Eastwood nie byłby Brudnym Harrym, jakiego znamy, gdyby wcześniej nie zagrał w kilku westernach. Można też dopatrzyć się analogii między science fiction i westernem. Na pewno nieprzypadkowo Eastwood zatytułował swój ostatni film "Kosmiczni kowboje".

Dr MAREK PARYŻ jest adiunktem w Zakładzie Literatury Amerykańskiej w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego.