Twoja wyszukiwarka

PAWEŁ ŁUKÓW
ETYKA NA CODZIEŃ - SZKOŁA WYŁUDZANIA
Wiedza i Życie nr 7/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/2001

Gorączka egzaminacyjna trwa. Wraz z egzaminami pojawia się odwieczny problem: ściągać czy nie ściągać? A jeśli już skorzystamy z tej swoistej "pomocy dydaktycznej", to czy powinniśmy mieć wyrzuty sumienia?

W czasie egzaminów w pobliżu jednego z warszawskich hoteli można zwykle zobaczyć młodych ludzi stojących w długiej kolejce do całodobowego punktu ksero. Jest późny wieczór i pewnie nikt z przechodniów nie podejrzewa, że właśnie jest świadkiem przygotowań do oszustwa. Nieliczni nawet jeżeli się domyślają, że to studenci kopiujący notatki z wykładów, nie uznają ich postępowania za naganne. A przecież są to jawne przygotowania do wyłudzenia ocen z egzaminu.

Korzystając z tych "pomocy dydaktycznych", czyli ściągając, studenci będą postępować jak starający się o pożyczkę klienci banku, którzy przedstawiają sfałszowane dowody wysokości swoich dochodów.

Sami studenci najprawdopodobniej również nie widzą w swym postępowaniu niczego niewłaściwego. W końcu przez większość życia wpajano im przekonanie, że ściąganie to część szkolno-uczelnianego folkloru, którego nikt nie traktuje zbyt poważnie. Tylko niewielu nauczycieli zwalcza ściąganie, za co mają wątpliwą sławę "pił" i sadystów. W najlepszym razie - nieżyciowych idealistów.

Większość nauczycieli traktuje ściąganie pobłażliwie. Przyłapany na tym uczeń zwykle nie ponosi poważniejszych konsekwencji. Po prostu traci niedozwoloną "pomoc dydaktyczną" i pisze sprawdzian dalej. Surowsi nauczyciele obniżają sprawcy ocenę z klasówki. Do rzadkości należy stopień niedostateczny. Powiadomienie opiekunów właściwie nigdy się nie zdarza. Większość rodziców - również wychowanych w duchu pobłażliwości dla ściągania - i tak zlekceważyłaby sprawę, a niektórzy może nawet oburzyliby się na "nadgorliwego" nauczyciela zawracającego im głowę głupstwami. Przysposobienie do sztuki wyłudzania nie kończy się ani w czasie przygotowań do sprawdzianu, ani w szkole. Za pomocą wymyślnych usprawnień ściągi umieszcza się w długopisie, za rękawem, w dekolcie, pod spódnicą. Wielu ludzi - a są wśród nich także nauczyciele - wierzy nawet, że przygotowywanie ściągawek sprzyja uczeniu się przepisywanego materiału. W kioskach można znaleźć wydrukowane drobną czcionką tego typu "pomoce naukowe", a także wydawnictwa zatytułowane "Ściąga z...".

Być może robienie ściągawek miało jakieś zalety dydaktyczne, ale było to w czasach braku dostępu do tanich możliwości kopiowania i odpowiednio zaopatrzonych księgarń i kiosków. Lecz i wtedy efekty takiej edukacji były krótkotrwałe, a przyswojona wiedza powierzchowna. Dzisiejsza wersja tego wykrętu głosi, że młody człowiek uczy się, czytając ściągę przed sprawdzianem...

Te wymówki i sztuczki nie zmieniają jednak ściągania w niewinny żart, jest ono bowiem rodzajem wyłudzenia. Polega na rozmyślnym wprowadzeniu w błąd innych w celu czerpania korzyści. Uczeń czy student ściągający na sprawdzianie oszukuje nauczyciela, który wyrabia sobie o nim mylną opinię. Oszustowi nie zależy na wiedzy czy wykształceniu, lecz na bezpośrednich korzyściach: na uniknięciu wysiłku czy lepszej ocenie. Z tego punktu widzenia postępuje rozsądnie. Przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy czerpie znaczne zyski. Jeśli nabrał wprawy w ściąganiu, to pożytki ze ściągania kumulują się: ma opinię dobrego ucznia czy studenta, otrzymuje nagrody i stypendia za wyniki w nauce, a potem może nawet świadectwa i dyplomy z wyróżnieniem.

Jednakowe traktowanie ściągania i wyłudzania może wydać się przesadzone. Można by sądzić, że nawet jeśli obydwa czyny są podobne, to inna jest przecież skala skutków ściągania, a inne są rozmiary szkód wyrządzonych przez oszusta. Niekoniecznie. Następstwa oszustwa szkolnego wykraczają daleko poza pojedynczą ocenę. Stopnie ze sprawdzianów składają się na ogólną opinię o uczniu czy studencie. Od tak powstałej oceny zależą później szanse absolwenta w staraniach o pracę. Oszustowi z dobrymi stopniami łatwiej będzie zdobyć atrakcyjną posadę niż absolwentowi, który uczciwie zapracował na gorsze oceny. Oszust ma niesprawiedliwie większe szanse - przynajmniej na początku - na lepszą karierę zawodową i życiową.

Absolwent-oszust jest mniej kompetentnym pracownikiem od absolwenta uczciwego. Szkodzi zarówno klientom, jak i pracodawcy. Niedouczony mechanik psuje samochód, co naraża klienta na niepotrzebne koszty i niebezpieczeństwo wypadku. Menedżer o pozornych kwalifikacjach podejmuje nietrafne decyzje, a przez to zmniejsza dochody akcjonariuszy i pracowników. Lekarz, który ściąganiem wyłudził prawo do wykonywania zawodu, źle leczy, powoduje nieodwracalne szkody na zdrowiu pacjenta, a może nawet doprowadzić go do śmierci. Pozornie wykształcony polityk uchwala niemądre ustawy i marnuje pieniądze podatników. Pracownik-oszust nie przynosi pracodawcy tych zysków, których przysporzyłby pracownik uczciwy.

Firmy zwykle zauważają, że zatrudniony przez nie absolwent wyłudził od nich posadę. Wyrabiają sobie złą opinię o szkole, którą ukończył i lekceważą formalne wykształcenie zawodowe. Wolą same kształcić pracowników, wychodząc z założenia, że z dwojga złego lepszy jest pracownik może nie najlepiej wykształcony, ale o znanych kompetencjach.

Pobłażliwość dla ściągania kształtuje postawy zagrażające fundamentom życia społecznego. Jeden z nich to elementarna uczciwość. Brak uczciwości niektórych członków społeczeństwa nie pozwala obdarzać zaufaniem innych, a to sprawia, że powstrzymujemy się od współpracy. Nie współpracując, pozbawiamy się najrozmaitszych korzyści, które moglibyśmy odnieść z własnej i cudzej uczciwości. Chcąc uniknąć roli ofiary wyłudzenia, stajemy się nieufni i ponosimy koszty zabezpieczania się na wypadek cudzej nieuczciwości. Nie ufający uczniom i studentom nauczyciele stają się ich wrogami. I jedni, i drudzy traktują edukację jako stratę czasu.

Klienci patrzą na ręce sprzedawcom i rzemieślnikom. Pacjenci podejrzliwie traktują lekarzy; lekarze skarżą się na brak zaufania pacjentów. Nieufni pracodawcy kontrolują każdy krok pracownika i wydają dodatkowe pieniądze na ich nadzór i kształcenie. Podejrzliwi pracownicy marnują czas, próbując przechytrzyć pracodawców i klientów. Obywatele uważają polityków za skorumpowanych głupców; politycy czują się zaszczuci niesprawiedliwą opinią społeczną. "Gra w społeczeństwo" się nie opłaca.

Dr PAWEŁ ŁUKÓW jest adiunktem na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.