Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - SĘPY
Wiedza i Życie nr 7/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/2001

Ponad dwa i pół tysiąca lat temu Herodot pisał1: "Następujący... szczegół jako tajemnicę... podaje się o ich zmarłych, mianowicie że zwłoki Persa nie wprzód są grzebane, aż je ptak albo pies rozwłóczy. O magach, co prawda, wiem to z całą pewnością, że tak postępują: bo czynią to całkiem otwarcie". Magowie (tu) to ród kapłanów Ahuramazdy wiernych reformatorskim naukom Zoroastra, że zwłok nie wolno wydawać ani ziemi, ani ogniowi, ani wodzie, aby żadnego z trzech żywiołów nie zanieczyścić. Wyznawcy najstarszej ze znanych nam religii monoteistycznych byli fanatykami ekologii: "Do rzeki ani nie sikają, ani nie plują, nie myją też w niej rąk, ani nikomu innemu na to nie pozwalają...". Wedle apokryficznej tradycji chrześcijańskiej Trzej Królowie byli właśnie magami.

W Mumbaju (jak dziś nazywa się miasto, które w mej świadomości na zawsze pozostanie Bombajem), w najlepszej bodajże dzielnicy, na szczycie wzgórza Malabar wznosi się cylindryczna, biała Wieża Milczenia. Na jej górnej krawędzi siedzą sępy, na wewnętrznym dziedzińcu indyjscy Parsowie składają zwłoki swych zmarłych, tym ponurym ptakom powierzając przygotowanie do pochówku. Indyjscy Parsowie są potomkami magów, wygnanych dwanaście wieków temu z Persji przez wojowników islamu. Koran nakazuje co prawda szacunek względem wyznawców innych religii monoteistycznych, ale ogranicza to zalecenie tylko do chrześcijan i żydów, gdyż "jeden i ten sam jest Bogiem waszym i naszym", gromić zaś nakazuje bezbożnych2. W Bombaju - i Indiach - Parsowie osiedlili się na zaproszenie angielskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej już w XVII wieku, prawie na samym początku brytyjskiej kolonizacji subkontynentu, w okresie wojen i krwawych potyczek z Holendrami i Portugalczykami.

Lojalni i pracowici Parsowie z czasem stali się najzamożniejszą i wielce wpływową grupą etniczną w Indiach, to z nich wywodzi się m.in. słynna rodzina Tata, fundatorów szkół wyższych i instytutów badawczych o światowej renomie. Dobrobyt i prastara etyka nie sprzyjały jednak bujnej prokreacji, dziś w Indiach Parsów jest niecałe 100 tysięcy, kropelka w morzu miliardowej ludności. I liczba ich stale się zmniejsza, również z powodu ciągle nasilającej się emigracji, która teraz już nie prowadzi do powstawania nowych enklaw etnicznych. Tygle polityki imigracyjnej i żarna współczesnej cywilizacji formują jednolitą masę, pozwalają zachować tylko paradowo-jarmarczny folklor i obyczaje najbiedniejszych w slumsach. A Parsowie biedni nie są i ku biedzie nie lgną.

Sępy z wieży Malabaru chorują. Obwisają im szyje, popadają w letarg, spadają z gałęzi. Zapewne niszczy je jakaś nierozpoznana infekcja wirusowa. Wymieranie sępów zauważono także w Pakistanie i Nepalu, poważnie zagrożona jest sępia populacja Środkowego Wschodu, a nawet Afryki.

W równoczesnym schodzeniu ze sceny świata ostatnich zoroastrian i ich skrzydlatych grabarzy jest majestat i patos na miarę Ajschylosa. Jest w tym także przejmujące pytanie o kształt naszej przyszłości.

Lud i obyczaj (nieważne, że komuś wyda się makabryczny czy barbarzyński, choć akurat w tym przypadku i w pierwotnym znaczeniu tego przymiotnika obyczaj jest istotnie barbarzyński, tyle że w tych okolicznościach przymiotnik ów nie ma później nabytego, mocno pejoratywnego zabarwienia!), które przetrwały wszystkie burze, wzloty, upadki i klęski ostatnich trzech tysięcy lat historii Eurazji, rozkwit i upadek Egiptu faraonów, budowę i zburzenie Świątyni Salomona, podboje Aleksandra, zwycięstwa i rozpad Rzymu, tryumf dzieła Pawła z Tarsu, ekspansję islamu, podboje Czyngis-chana, imperium ottomańskie i epokę wielkiej kolonizacji, otóż ten prastary lud - czciciele żywego ognia - ustępują w potokach zimnego ognia sztucznych świateł. Ich obyczaj nie da się przekształcić w komercyjne widowisko, nie napędzi tłumów do supermarketów, nie sprzeda milionów kiczowatych pocztówek, płyty ze złowróżbnym szumem skrzydeł i chrapliwym klangorem sępów nie przyniosą wydawcom fortuny. Diabelnie niemedialna obrzędowość źle się sprzedaje! No i o te sępy coraz trudniej.

Mniej arystokratyczne, bardziej plebejskie, choć nie mniej makabryczne obrzędy często dały się jakoś skomercjalizować: tauromachie przetrwały jako korrida, krzyżowanie żywych ludzi - jako krwawe widowisko pasyjne na Filipinach, obrzędy kultowe Jorubów - jako modne tańce. A tu zanosi się na zwycięstwo Arymana, prawie jak u Żeromskiego.

Z obrzędów starożytnego Egiptu pozostało obrzezanie, dziś kojarzone z zupełnie innym ludem, i kraszanki, dla wielu symbol chrześcijańskiej Wielkanocy, której data wywodzi się od święta Pesach, upamiętniającego wyjście ludu Mojżeszowego z ziemi faraonów. Przygotowania do Pesach obejmowały zabicie ofiarnego baranka bez skazy (bez makuły - jak czytamy w Wulgacie przełożonej przez księdza Wujka). Obok pisanek, baranek stał się najczęstszym chyba symbolem Wielkanocy. Menu tradycyjnej polskiej wieczerzy wigilijnej prawie dokładnie powtarza tradycyjne żydowskie menu noworoczne, a choinka w polskich domach to świeży przeszczep pradawnej tradycji germańskiej, związanej z całkiem innym, choć o tej samej porze roku obchodzonym świętem, podobnie jak jemioła pod powałą wywodzi się z wielce pogańskich obrzędów celtyckich. Tak właśnie żarna globalnej cywilizacji, coraz szybciej poruszane niewidzialną ręką rynku, mielą na jeden pytel różne tradycje i obyczaje. I nie wiem, czyj los jest najsmutniejszy: Parsów, sępów czy nas, karmionych tą multigenetyczną strawą.

Krowy, karmione pożywną mączką z różnych odpadów też - w zasadzie i do czasu - czuły się wcale dobrze.

1 Tu i dalej: Dzieje, w przekładzie S. Hammera, Czytelnik, 1954, s. 85.

2 Koran, Sura XXIX, Pająk, w przekładzie Jana Murzy Tarak Buczackiego, Warszawa, nakładem Aleksandra Nowoleckiego, 1858.