Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
ROZMYŚLAJCIE NAD MOWĄ - SETKANI S WAJDOU, S MIODKEM
Wiedza i Życie nr 8/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/2001

Zetknięcie się z taką czy inną konstrukcją pochodzącą z pokrewnego języka przynosi bardzo często cenną informację o przeszłości języka ojczystego, a także o jego prawdopodobnej przyszłości.

Przekonałem się o tym niedawno, gdy wpadła mi w ręce pamiątka sprzed lat - wydrukowany po czesku program autorskich spotkań w Ośrodku Kultury Polskiej w Pradze. Czytam w nim: 2 X - setkani s Andrzejem Wajdou, 18 X - setkani s Janem Miodkem, 30 X - setkani s Agnieszkou Holland.

Zajmijmy się najpierw rzeczownikiem setkani i przyimkiem s. W pierwszym z nich - odpowiedniku "spotkania", "zetknięcia" - występuje przedrostek se-.W obu zaś tych przedrostkowo-przyimkowych elementach, czyli se- i s, zachowało się pierwotne prasłowiańskie brzmienie bezdźwięcznego s. Bo też funkcjonowały najpierw formy typu: sebrati, servati, sdelati, svaliti (w ich zapisach pomijam tzw. jery, czyli półsamogłoski)- tak jak w obiegu były wyłącznie takie wyrażenia przyimkowe, jak: s tatą, s mamą, s babcią, s nami, s vami. Czeszczyzna utrzymała je do dziś, stąd i cytowane z programu setkani s... U nas to pierwotne s udźwięczniło się i przed samogłoską e, i przed spółgłoskami dźwięcznymi, dlatego mamy zetknięcie, a także postacie zebrać, zerwać, zdziałać czy zwalić (zachowało się s przed bezdźwięcznymi: spotkać, spadać, stracić, spiąć, sprzedać itp.). Przyimkowe s też się w języku polskim przed dźwięcznymi udźwięczniło: z mamą, z babcią, z nami, z wami, a ponieważ było takich połączeń więcej, litera z obowiązuje dziś także przed bezdźwięcznymi: z tatą, z tobą, z psem, z kotem (etymologiczne s zapisujemy tylko w przyimkach złożonych typu sponad, spomiędzy).

Ale są w Polsce ludzie, u których tak jak w Czechach można jeszcze pierwotne s usłyszeć! To starzy Ślązacy mówiący: sjechać, slecieć, slatywać, swalić (zjechać, zlecieć, zlatywać, zwalić).

Przejdźmy teraz do czeskiego zapisu s Miodkem - z twardym k przed narzędnikową końcówką -em. Zauważmy, że taki charakter utrzymują w tym przypadku wszystkie polskie spółgłoski: bobem, sadem, szefem, mchem, mułem, mimem, kapitanem, popem, tworem, lasem, skrzatem, rowem, zezem. Wyjątkiem różniącym nas też od Czechów są tylko tylnojęzykowe spółgłoski k, g: Miodkiem, Nowakiem, Kracikiem, Michalakiem - tak jak: bukiem, wrakiem, krzakiem, Bogiem, stogiem, głogiem. Bo też taki był od wieków polski zwyczaj fonetyczny, że historyczne połączenia -ke-, -ge- zamienialiśmy na -kie-, -gie- i w tworach rodzimych, i obcych (porównaj stare zapożyczenia: kielich, kierat, giemza, magiel i ich niemieckie odpowiedniki: Kelch, Kehrrad, Gemse, Mangel).

Narzędnikowe postacie typu: Miodkiem, krzakiem, Bogiem, stogiem trzymają się bardzo mocno. Sam jednak zwyczaj miękkiego wymawiania połączeń -kie-, gie- wyraźnie słabnie. Przyjął się np. Kedyw (a nie Kiedyw) - od zbitki słownej Kierownictwo Dywersji. Są już i tacy, którzy mówią ewuge, pegeer czy erwupege, zamiast - w zgodzie z tradycyjną normą - ewugie, pegieer, erwupegie. Młodsze zapożyczenia mają już tylko brzmienia: keson, keczup, keton, kemping, gerbera, gen, gem, gejsza. Dopuszczalna fonetyczna postać ewangielia przegrywa z ewangelią, a zgodne z normą ortofoniczną są już wyłącznie realizacje typu: geografia, geologia, geometria, generał, germanistyka (jak typowy stary Małopolanin zachowywał się pod tym względem mój Profesor - śp. Stanisław Rospond, rodem z podkrakowskich Liszek, siostrzeniec biskupa też Stanisława; w jego ustach ostatnia seria słów brzmiała zawsze gieografia, gieologia, gieometria itp.).

Zostały nam do omówienia syntagmy s Wajdou, s Agnieszkou - odpowiedniki naszych z Wajdą, z Agnieszką. W nich widziałbym z kolei swoistą projekcję polszczyzny jutra. A dlaczego?

Jak wiadomo, nasz język jako jedyny w rodzinie słowiańskiej utrzymał odziedziczone z prasłowiańszczyzny samogłoski nosowe ę, ą. Z tego powodu i w nim - jako enklawie samogłoskowej nosowości - ich linia rozwojowa jest raczej recesywna, a nie progresywna.

Wszak jedyna pozycja fonetyczna, w której ę, ą zachowują swój nosowy charakter, jest położenie przed spółgłoskami szczelinowymi: w, f, s, z, sz, ż, ś, ź, ch wąwóz, wąski, wiązać, więzy, mąż, męski, węzizna, węch, rzęsy, mięso, pięść, piąstka. Przed zwartymi i zwarto-szczelinowymi: p, b, t, d, c, dz, cz, dż, ć, dź, k, g nosówki rozkładają się w wymowie na samogłoskę ustną i odpowiednią spółgłoskę nosową, upodobnioną do następującej po niej zwartej czy zwarto-szczelinowej: domb, demby, pienta, pionty, wendrować, wienc, ponczek, cheńć, weńgiel (dąb, dęby, pięta, piąty, wędrować, więc, pączek, chęć, węgiel). Przed l, ł nosowość ginie zupełnie: wzioł, wzieła, dotknoł, dotkneła (wziął, wzięła, dotknął, dotknęła). Na końcu słów tylko ą realizowane jest jako głoska nosowa: idą z tą ładną dziewczyną. Nosowość ę jest w tej pozycji mocno zredukowana albo zupełnie zlikwidowana: widze cie, trzymam sie, daje mu (widzę cię, trzymam się, daję mu).

Gdyby trzeba było teraz przywołać najbardziej charakterystyczne zjawisko ostatnich lat odnoszące się do zachowań fonetycznych Polaków wobec ą, musielibyśmy wskazać utrwalający się zwyczaj wymawiania go jak ou na końcu słów i przed szczelinowymi, a więc w pozycjach do tej pory sprzyjających nosowości: idou z tou ładnou dziewczynou, widzou jou, dziousło, mouż, wouż (idą z tą ładną dziewczyną, widzą ją, dziąsło, mąż, wąż). Są to zachowania fonetyczne dalekie jeszcze od uzyskania normatywnej akceptacji. Czyż jednak nie odpowiadają czeskim postaciom s Wajdou, s Agnieszkou? I czy nie można ich uznać za swoistą projekcję polszczyzny jutra?