Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - ŻEBYŚ ŻYŁ W CIEKAWYCH CZASACH!
Wiedza i Życie nr 8/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/2001

Tytułowa klątwa wcale nie jest chińska, jak się powszechnie uważa, pochodzi ze zbioru pseudochińskich bajek dla dorosłych "The Wallet Of Kai Lung", wydanego w 1900 roku przez angielskiego autora, Ernesta Bramaha. Tamże znaleźć można jeszcze dwa dużo straszniejsze przekleństwa: "Żebyś wpadł w oko wysoko postawionym osobom!" (May you come to the attention of those in high places) i "Żeby cię bogowie wysłuchali!" albo "Żeby bogowie spełnili twoje prośby!" (May the gods grant your prayers).

Zaiste, straszliwe to klątwy. Dobrze, że uległy zapomnieniu, choć nie całkiem, bo złowieszcza treść ostatniej z nich przewija się w licznych czarnych anegdotach i drobnych oraz większych utworach literackich, od opowiastki o człowieku, który żarliwie modlił się o większy przypływ gotówki i otrzymał spore odszkodowanie za tragiczną śmierć jedynaka syna, po "Fausta" i legendę o Panu Twardowskim.

Nie o klątwach i legendach będzie tu jednak mowa, lecz o pułapkach, jakie zastawia powszechne przyjmowanie pozorów za prawdę.

W zeszłym roku odwiedził Polskę następca brytyjskiego tronu, książę Walii, który przywiózł model Enigmy, niemieckiej maszyny szyfrującej. Pierwotne systemy kodowe tej maszyny rozwikłali przed II wojną światową poznańscy matematycy zatrudnieni przez polski wywiad wojskowy, a kolejne, już w czasie wojny z wielką przebiegłością komplikowane przez hitlerowskie służby bezpieczeństwa, rozplątywał Colossus, pierwszy - bardzo tajny! - komputer zbudowany w angielskim Bletchley Park.

Polscy oficjele skarżyli się dostojnemu gościowi, że "Encyclopaedia Britannica" nie uwzględnia udziału polskich matematyków w rozszyfrowaniu Enigmy. Książę Karol dość niejasno odpowiadał, że spróbuje coś z tym zrobić. Zbyt dobrze był wychowany, by podejmującym go przedstawicielom rządu wyjaśniać, że wbrew nazwie "Encyclopaedia Britannica" jest wydawnictwem czysto amerykańskim (USA). Jednak nawet gdyby była brytyjskim, to dawno minęły czasy, gdy następca tronu, ba nawet sam monarcha, miał cokolwiek do powiedzenia w sprawie tego, co i jak się pisze w jego królestwie. Ponadto skarżący się nie całkiem mieli rację: co prawda artykuł o Enigmie rzeczywiście nie wspomina o Polakach, ale w obszernym artykule o Polsce, w sekcji poświęconej jej dziejom w czasie II wojny światowej, udział Polaków w rozszyfrowaniu Enigmy jest niedwuznacznie wymieniony (A major Polish contribution to the war effort lay in discovering and passing on to the Allies the secret of the German ciphering machine Enigma).

A skoro o książętach i sprawie polskiej mowa, warto przypomnieć, że w Polsce Piastowskiej nie było żadnych "arystokratycznych" tytułów poza rodzinami władców. Owszem, stosowano tytuły wynikające z pełnionej funkcji, ale jako że nie były dziedziczne, o arystokracji trudno mówić. Dopiero po unii z Litwą w Rzeczypospolitej Obojga Narodów zezwolono kniaziowskim rodom litewskim i ruskim zachować dziedziczne tytuły, a drobniejszych bojarów (nie zapominajmy, że na Litwie bene nati mówili po rusku!) przyjmowano do polskich godeł rodowych, czyli szlacheckich. I tak było do samego końca Rzeczypospolitej. Była szlachta, były stanowiska państwowe z wyszukanymi nieraz, ale nigdy formalnie nie dziedziczonymi tytułami i były litewsko-ruskie rody książęce. A jak ktoś dostał tytuł hrabiowski czy inny od obcego monarchy, to patent chował głęboko w skrzyni, bo taki tytuł żadnego znaczenia w Polsce nie miał, a łatwo było popaść na języki za zdradę albo sprzeniewierzenie się ojczyźnie.

Dopiero pod zaborami starsze patenty wyciągnięto z kufrów i na większą skalę zaczęto zabiegać o tytuły arystokratyczne, bo w państwach zaborczych one funkcjonowały, a zwykłe szlachectwo niewiele znaczyło. Tytuły arystokratyczne w Polsce - jeśli nie rusko-litewskie kniaziostwa - w ogromnej większości1 pochodzą z nadań zaborców. Są także tytuły nadawane przez Państwo Papieskie, czasem za zasługi dla wiary, częściej ze względów politycznych, wcale nierzadko - kupowane. Pod koniec XIX wieku i na dworze wiedeńskim rozkwitł handel tytułami: istniał nieformalny, ale dobrze znany cennik: ile wagonów świń za radcostwo dworu, a ile za hrabiowski patent. Sejm II Rzeczypospolitej zniósł wszystkie tytuły arystokratyczne.

Dziś pojawiają się czasem ciągoty, by uznać szczególne zasługi patriotyczne tego czy innego rodu hrabiowskiego; warto wtedy przypomnieć sobie, że ktokolwiek jako pierwszy w takim rodzie nosił tytuł hrabiowski, dostał go od obcego, często wrogiego Polsce mocarstwa i na pewno nie za zasługi dla Polski.

Ilekroć przedstawiają mi kogoś "pan Y, prezydent tego czy owego", to jeśli pan Y nie jest prezydentem państwa ani miasta wiem, że jest nieukiem najgorszego gatunku, z tych co się swym nieuctwem szczycą, a z brakiem kindersztuby obnoszą. Spodziewam się przeto, że pan Y donośnie chlipie zupę, bez żenady dłubie w nosie, angielskie "I am impressed" bez sensu oddaje bełkoto-polskim "jestem pod wrażeniem" i będąc zdrowy jak byk stawia swój samochód pod znakiem postoju dla niepełnosprawnych. Tego wszystkiego można się spodziewać po kimś, kto nie wie, że obcojęzyczne "president" ma dwa polskie odpowiedniki: "prezydent" i "prezes", z których pierwszy stosuje się wyłącznie do prezydentów państw i miast (tudzież szefów policji na ziemiach byłego zaboru pruskiego), albo po kimś, kto to wie, ale uznaje, że czasem można odstąpić od normy, zwłaszcza gdy tak przyjemnie prezydentem być!

Są błędy i błędy; niektóre zupełnie dyskwalifikują. Do tych ostatnich zaliczam wszystkie przypadki ograbiania polszczyzny z niuansów dodatnio wyróżniających ją wśród innych języków. Kiedy Anglosas na potwierdzenie czegoś mówi "exactly", a Rosjanin w tym samym znaczeniu wtóruje mu "toczno", kulturalny Polak nie mówi "dokładnie" tylko "właśnie", bo mając te dwa przysłówki do dyspozycji, wybiera lepiej dostosowany do sytuacji; tym samym daje dowód opanowania języka i panowania nad jęzorem, a więc poświadcza swoje (wysokie) kwalifikacje intelektualne i sprawność psychofizyczną. Czegóż chcieć więcej?

Może tego, żeby piskliwa prezenterka telewizyjna nie krzyczała co chwilę "łał, łał"? Wydaje się pewno biduli o ptasim móżdżku, że amerykańskie "wow" jest nieprzetłumaczalnym wyrazem "porażającego" zachwytu czy zdumienia. A przecież "wow" znaczy tyle samo co rodzime "o jej" (ewentualnie "o jejku"), ma dokładnie taki sam walor emocjonalny i jest używane na tym samym poziomie rozwoju umysłowego. Jeśli Amerykanin krzyczy "wow", to albo sam jest półanalfabetą, albo zwraca się do ćwierćinteligentów, albo ubarwia swój występ na ludowo. Natomiast dziewuszce z Tewupy wydaje się, że "łał" dowodzi jej poliglotycznego wyrafinowania. Rezultat: pojawienie się na ekranie tej damy, podobnie jak zaanonsowanie udziału hrabiego Z, czy prezydenta Y sygnalizuje, że audycja nie nadaje się do oglądania. Taki negatywny znak jakości.

Już czuję, jakie gromy spadną na mnie z wyżyn językoznawczego liberalizmu! Że język jest żywy, że nie wolno wartościować ludzi wedle tego, jak mówią, że sami znają prezydenta Stowarzyszenia Hodowców Kur Niosek, co jest, łał, jaki łebski! Ja ich nawet rozumiem. Gdyby nie permisywizm językoznawców, ogólnopolskie programy telewizyjne mogłyby rzeczywiście upowszechnić kanon poprawnej polszczyzny, ustalony przed wojną na małomaturalnym poziomie przez ogólnopolskie programy radiowe. Gdyby nie zatruta łagodność językoznawców, ludziska wstydziliby się źle mówić w ojczystym języku, bo to by im jeszcze bardziej psuło opinię niż cesarski patent hrabiowski na ścianie. Ale wtedy językoznawcy musieliby podejmować ryzyko orzekania, co jest poprawne, a co nie. Ryzyko weryfikowane w życiu, gdyż w ostatecznym rachunku językiem rzeczywiście jest to, czym się ludzie porozumiewają. Po co jednak ryzykować, orzekać, potępiać, kiedy można spokojnie tylko rejestrować.

Pobłażliwych lud kocha zawsze, wymagających - nader rzadko.

1 Funkcjonowały także tytuły nadane w niektórych krajach inkorporowanych do Rzeczypospolitej, np. kurlandzkie "baronie".