Twoja wyszukiwarka

PIOTR KOSSOBUDZKI
JAK DWA RAZY DWA
Wiedza i Życie nr 9/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2001

Znów koszmarna lekcja matematyki. Kolejna próba rozwiązania prostego na pozór równania i kolejna klęska. Maleje wiara we własne możliwości, narasta niechęć do szkoły. W końcu pada diagnoza: dyskalkulia.

Co czwarty pierwszoklasista nie radzi sobie z wymaganiami stawianymi mu na lekcjach matematyki. Jedni nazywają to "dyskalkulią rozwojową" (analogicznie do "dysleksji"), inni "specyficznymi trudnościami w uczeniu się matematyki". Nie chodzi jednak tylko o nazwę, lecz o dwa różne podejścia do problemu. Dyskalkulia jest rozumiana jako rodzaj upośledzenia, wrodzonej wady układu nerwowego. Alternatywna teoria mówi jedynie o braku gotowości dziecka na zetknięcie ze szkolnym sposobem uczenia matematyki.

Dlaczego dzieci z takimi problemami tak rzadko trafiają do specjalistów mogących im pomóc? Pracownicy poradni psychologiczno-pedagogicznych wskazują na kilka przyczyn. Jedna z nich to powszechna akceptacja problemów z matematyką. "Hania jest humanistką, nic dziwnego, że nie radzi sobie z rachunkami" albo "Michał ma to po mnie ja też nie mam głowy do matematyki". Takie wypowiedzi przyjmuje się zazwyczaj ze zrozumieniem, a nawet współczuciem, jakby mowa była o niemożliwych do zmienienia faktach. Na niewielką liczbę dzieci zgłaszających się do poradni wpływa też fakt, że słabe umiejętności matematyczne w mniejszym stopniu utrudniają funkcjonowanie w społeczeństwie niż np. problemy z pisaniem i czytaniem.