Twoja wyszukiwarka

BRONISŁAW JAKUBOWSKI
STEROWANIE JĘZYKIEM
Wiedza i Życie nr 9/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2001

W wyścigu do wspólnej Europy może nam przeszkodzić język - twierdzą lingwistyczni dyletanci. Językoznawcy martwią się, że przystąpienie do Unii Europejskiej zagraża polszczyźnie i zastanawiają, jak temu przeciwdziałać. Wszyscy są jednak zgodni, że polszczyznę trzeba reformować.

Czy można zmodernizować język polski, dopasowując go - jak postulują niektórzy1 zaniepokojeni stanem polszczyzny - do "międzynarodowego kodu językowego"? Nie, bo nic takiego nie istnieje. Używane na świecie języki (znawcy twierdzą, że jest ich od 3 do 6 tys.) są niezwykle zróżnicowane, ale nie ma języków bardziej lub mniej prymitywnych, trudno więc mówić o modernizacji któregokolwiek z nich. Brak w jakimś języku wyrazów na oznaczenie np. magnetowidu czy wodorotlenku badacze tłumaczą tym, że owe przedmioty czy pojęcia nie są znane. W razie potrzeby z pewnością odpowiednie terminy dadzą się utworzyć w mowie rodzimej albo zapożyczyć z innych języków, jak działo się to już wielokrotnie w dziejach świata.

Językoznawcy nie mówią więc o językach nowoczesnych i zacofanych. Jednak osoby niezbyt znające się na procesach zachodzących w języku jako wzór tych pierwszych zwykle stawiają oczywiście angielski - bez znaków diakrytycznych, tych wszystkich kropek, kresek, ogonków, przecinków, daszków stawianych nad i pod wyrazami. Przykładem zacofania ma być język polski, trudny i skomplikowany, w którym wszelkie innowacje wywołują sprzeciw językoznawców.

Języki podlegają zmianom, ale też trudno wszystkie oceniać jako "ulepszenia". Nie można jednoznacznie określić, czy zanik liczby podwójnej (np. Dwie babie, dwie niewieście, cały jarmark w mieście; Mądrej głowie dość dwie słowie), stosowanej dla oznaczania dwóch osób lub przedmiotów, w języku polskim był zyskiem czy stratą.

Jeżeli porównamy języki do samochodów, to możemy stwierdzić, że niejeden język "prymitywnego" plemienia z Ameryki Południowej ma tak samo dobrą i skomplikowaną konstrukcję silnika czy skrzyni biegów jak języki cywilizowanej Europy. Co więcej, niekiedy nawet przewyższa je pod tym względem. Brak mu za to różnych "bajerów", w rodzaju skórzanych siedzeń czy elektrycznie opuszczanych szyb. Wiele osób marzących o szybkim wejściu do wspólnej Europy ubolewa, że język polski jest strasznie trudny, że przez to jesteśmy jakoby językowo zacofani. Rzeczywiście nasza gramatyka jest trudna, ale tylko dla osób, dla których polski nie jest językiem ojczystym (ale i jej można się nauczyć, o czym świadczy coraz więcej ludzi, o różnym kolorze skóry, mówiących na naszych ulicach po polsku). Nie ma języka, który byłby trudny fonetycznie bądź gramatycznie dla rodzimego użytkownika. Dla wielu cudzoziemców uczących się tzw. języków tonalnych (jak chiński czy wietnamski) wymowa jest barierą nie do pokonania, ponieważ nie słyszą różnicy między wyrazami o odmiennym tonie. Nie zdarzyło się jednak, żeby tonów własnego języka nie opanował Chińczyk czy Wietnamczyk.

Zresztą nie wszystkie elementy języka polskiego są trudne. Polszczyzna ma bardzo prosty system samogłoskowy (choć złożony spółgłoskowy). Polacy, ucząc się języków obcych, mają więc mniej problemów z opanowaniem spółgłosek niż z prawidłową wymową samogłosek w tych językach, w których jest ich więcej, np. w angielskim czy francuskim.

Czy mamy przestarzałą i wobec tego bardzo trudną ortografię? Wydaje się, że pod tym względem polski można - wbrew pozorom - uznać za stosunkowo łatwy. W przeciwieństwie do angielskiego, w którym ortografia odzwierciedla wymowę średniowieczną, na przykład name (imię) wymawiało się po prostu name (z długim a). Anglik często nie umie zapisać poprawnie słyszanego po raz pierwszy wyrazu, zwłaszcza jeśli jest to nazwisko, ponieważ liczba reguł jest mniejsza niż wyjątków. Kto zgadnie (jeśli tego nie wie), że łimin (kobiety) zapisuje się women albo że nazwisko Home może być odczytywane jako hołm lub hjum? W porównaniu z tym polskie rz to bułka z masłem. Niezwykle archaiczną ortografię, odpowiadającą mniej więcej dwunastowiecznej wymowie, ma język francuski.

To prawda, w obu tych krajach planuje się reformę ortograficzną. Ale po pierwsze, chodzi o odrobienie kilkusetletnich zaniedbań, a po drugie, takie reformy planowane są tam od wielu lat i, jak na razie, nic z nich nie wyszło, m.in. z powodu silnego oporu społeczeństw przywiązanych do tradycyjnej ortografii. Nawet w przypadku języka niemieckiego, gdzie wprowadzone w 1998 roku zmiany były bardzo niewielkie i wcale nie miały przystosowywać niemieckiego do nieistniejącego "międzynarodowego kodu językowego". Objęły m.in. zastąpienie litery ß po krótkiej samogłosce podwójnym s, ortograficzną asymilację wyrazów obcych - Delfin zamiast Delphin, zniesienie gdzieniegdzie wielkich liter, np. die erste Hilfe (pierwsza pomoc) zamiast die Erste Hilfe. Niemcy jednak ostro zaprotestowali, a dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung demonstracyjnie powrócił do dawnej pisowni.

W języku polskim zmiany pisowni wprowadzane są niemal bez przerwy. Czy ktoś pamięta, że przed 1956 rokiem pisaliśmy nie osobno z przysłówkami, np. Nie miło tu siedzieć.

Czy zniesienie znaków diakrytycznych unowocześniłoby zapis naszego języka? Warto zauważyć, że nie tylko my nimi się posługujemy. Korzystają z nich obficie ortografie m.in. francuska: é, â, ô, niemiecka: ä, ö, ü, hiszpańska: á, é, í, ó, ú, , ü, duńska: ä, , portugalska ă, ç, é, ˘, ô, í, rumuńska, litewska, łotewska, wegierska i wiele, wiele innych. Trzeba było bowiem w jakiś sposób dostosować pisownię łacińską do wymowy tych języków. Zanim ocenimy pomysł zupełnego pomijania tych znaków, czyli pisania np. laka zamiast łąka, paczek zamiast pączek czy luk zamiast łuk, rozwiążmy zagadkę: czy maz to: a) małżonek, b) lepka substancja, c) tryb rozkazujący czasownika mazać?

Oczywiście jakoś byśmy sobie poradzili bez znaków diakrytycznych. W językach semickich (arabski, hebrajski) nie zapisuje się samogłosek krótkich i ich użytkownicy też jakoś sobie radzą. Tylko po co mamy utrudniać sobie życie?

Proponowane tu i ówdzie rozwiązania, by pisać zawsze zgodnie z wymową i bez znaków diakrytycznych, wcale nie byłyby wygodniejsze. Pisalibyśmy stafka, ale stawek, magnetowit, ale magnetowiduf i magnetowidowy, mielibyśmy nusz (nóż), ale noze. Można byłoby i do tego się przyzwyczaić, ale - powtórzmy - po co utrudniać sobie życie, zaśmiecając pamięć?

O ile propozycje zmian ortograficznych mogą wydawać się mniej lub bardziej dziwne, ale dopuszczalne, o tyle pomysł, żeby zmieniać gramatykę, może wywołać tylko wzruszenie ramion, przypomina bowiem "najlepsze" sowieckie wzorce ręcznego sterowania gospodarką, kulturą, myśleniem czy językiem. W językach pojawiają się oczywiście zmiany gramatyczne, ale są to zmiany "same z siebie", żywiołowe, przy czym nie zawsze prowadzą do uproszczeń systemu. Te zaś musiałyby doprowadzić do zaniku języka, ponieważ najprościej jest milczeć.

Gramatyce języka polskiego zarzuca się nielogiczność, ponieważ istnieją różne końcówki liczby mnogiej dla rzeczowników jednego rodzaju, np. żeńskiego: kobieta, ale kobiety; dziewczynka, ale dziewczynki; owca, ale owce. Tak samo "nielogiczne" jest to, że w języku angielskim mówi się I do (robię), ale he does (robi), czas przeszły od czasownika come (przyjść) brzmi came (przyszedłem), od czasownika do (robić) - did (robił), a go (iść) - went (poszedł). W niemieckim liczbę mnogą rzeczowników tworzy się na bardzo wiele sposobów, i tak dalej.

Na szczęście gramatyka zupełnie się nie poddaje ręcznemu sterowaniu. Zmiany w języku zachodzą stopniowo i są akceptowane przez językoznawców w momencie, kiedy wyraźna większość społeczeństwa mówi zgodnie z tymi zmianami. Żaden z polskich językoznawców nie postuluje przywrócenia form liczby podwójnej tylko dlatego, że istniały one kiedyś w języku. Kierunku i tempa zmian do końca nie można przewidzieć. Niektóre języki, jak angielski czy francuski, zmieniały się niezwykle szybko (tekst angielski sprzed ośmiuset lat jest w ogóle niezrozumiały dla Anglika żyjącego w XXI wieku), inne, np. hiszpański czy polski, wolniej (dzięki czemu dość dobrze rozumiemy teksty staropolskie), a jeszcze inne, jak niezwykły pod tym względem litewski, zmieniły się tylko nieznacznie.

Przypomnijmy przy okazji, że wbrew pewnej tendencji do unifikacji języków europejskich w niektórych częściach Starego Kontynentu walczy się o przetrwanie i podniesienie rangi "drugoplanowych" języków. Robią to Kaszubi w Polsce, Walijczycy w Wielkiej Brytanii, Irlandczycy w Irlandii, Baskowie w Hiszpanii.

Warto zauważyć, że dla tych, którzy nie lubią żadnych komplikacji językowych, polszczyzna ma jeszcze jeden atut. W niektórych krajach, jak Niemcy czy Włochy, istnieje duże zróżnicowanie dialektalne. Języka literackiego używa się w sytuacjach oficjalnych, a na co dzień mówi się dialektami. W Polsce jest inaczej. Powszechnie używa się języka literackiego. Dzięki temu o wiele łatwiej możemy porozmawiać z ziomkiem pochodzącym z innego regionu niż w Niemczech, gdzie porozumienie czasami jest niemożliwe, ponieważ zbyt wielkie są różnice między poszczególnymi dialektami.

Jest też dobra wiadomość dla tych, którzy nie boją się bogactwa własnego języka. Możemy korzystać z różnych stylów i odmian, zależnie od okoliczności. Inny styl zastosujemy podczas rozmowy z kolegą przy piwie o błahych sprawach, inny zaś w piśmie do urzędu, a jeszcze inny w przemówieniu na zebraniu. Trudno sobie wyobrazić, żeby podanie o kredyt hipoteczny skierowane do dyrekcji banku zaczynało się od słów: Dajcie mi kredyt, bo mieszkanie chce se kupić. Razi nas, gdy wyrażenia potoczne stosowane są w sytuacjach oficjalnych. Właściwy dobór konstrukcji gramatycznych oraz słownictwa jest rzeczą trudną dla osoby chcącej opanować nasz język, ale nieporównywalnie większe kłopoty miałaby, ucząc się języków Wschodu. Nauka form grzecznościowych stosowanych w Japonii, Korei czy Chinach to prawdziwa udręka, a nieumiejętność zastosowania odpowiedniej formy w odpowiedniej chwili oznacza popełnienie poważnej gafy.

Nie należy się obawiać, że polszczyzna "stoi w miejscu". Zmienia się, nie pytając o niczyją zgodę, nie zważając na ustalenia stróżów jej czystości. Nie przyjął się upiór dzienny w znaczeniu ilości bielizny wypranej danego dnia w pralni, nie przyjmą się zapewne również inne "wynalazki".

1 Autor w wielu miejscach tekstu nawiązuje do artykułu red. Jerzego Sławomira Maca, wydrukowanego w 23 numerze Wprost z 10 czerwca 2001 roku.

Na poczotcze bog stworzyl nyebo yszemyo, ale szemya bila nyeuszyteczna a proszna, aczmi bili natwarzy przepaszczy, aduch boszy naszweczye nadwodamy.
(Biblia królowej Zofii, XV w.)

NA początku ftworzył BOg niebo y źiemię. A źiemiá byłá pufta y prózna, y ćiemnośći były nád głębokośćią, á Duch Boży vnafzał fie nád wodámi.
(Stary Testament, tłum. Jakuba Wujka, XVI w.)

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
(Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Wydawnictwo Pallottinum 1980) Księga Rodzaju 1, 1-2

Zawsze byliśmy tacy "ą, ę"?

"Day ut ia pobrusa a ti poziwai", według dzisiejszej pisowni "daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj". Jest to pierwszy znany zapis polskiego zdania, wplecionego w tekst łaciński w Księdze założenia klasztoru Najświętszej Panny Marii w Henrykowie" z końca XIII wieku. Nie są to jednak pierwsze zapisane polskie słowa. Najstarsze zabytki polszczyzny znajdujemy w bulli papieża Innocentego II z 1136 roku, zatwierdzającej posiadłości arcybiskupstwa gnieźnieńskiego, która zawiera 410 polskich imion i nazw miejscowych. Dzięki nim możemy przypuszczać, że w języku polskim istniały w tym czasie dwie samogłoski nosowe, których brzmienie było zbliżone do ą (a wymawianego nosowo, jak w wyrazie fajans), jednak o odróżnialnym, nieco innym brzmieniu. W pełni wiarygodne odtworzenie wymowy samogłosek nosowych w tamtych czasach jest jednak trudne, gdyż alfabet łaciński związany z łacińską wymową bardzo niedokładnie oddawał polskie słowa. Trzeba więc było wprowadzać jakieś wyróżnienia graficzne, mające świadczyć o tym, że dana litera ma inne, nieznane łacinie brzmienie. Potrzeba takich wyróżnień, czyli znaków diakrytycznych - jak pisze autor artykułu - pojawiła się nie tylko przy zapisie języka polskiego.

Parę wieków później, w XIV-XV wieku, nasze pierwsze zdanie zostałoby już zapisane inaczej: "Daj ać ja pobruszo a ty poczywaj". W dokumentach z tamtego czasu samogłoski nosowe były oznaczane za pomocą liter o lub an, am, co może świadczyć o tym, że w zasadzie istniała tylko jedna samogłoska nosowa; w zasadzie, bo wymawiana na dwa sposoby, dłużej lub krócej, różniła się iloczasem.

Z biegiem czasu zaniknął iloczas i zróżnicowała się barwa samogłosek nosowych. Drukarze w XVI wieku, po pewnych wahaniach, przyjmują dla nich zapis ą i ę. Prawdopodobnie pierwsza z tych samogłosek była wymawiana jako a nosowe aż do XVII wieku, o czym mogą świadczyć stosowane rymy: ostatki - pamiątki, Inflanty - kąty. Później jej barwa powoli uległa zmianie i właściwie powinniśmy ją zapisywać znakiem o z ogonkiem.

MARIA SUPRANOWICZ

Mgr BRONISŁAW JAKUBOWSKI jest absolwentem Wydziału Neofilologii na Uniwersytecie Warszawskim (iberystyka), doktorantem, współautorem podręczników do nauki języka hiszpańskiego i słowników.