Twoja wyszukiwarka

AGNIESZKA LISAK
IM SROŻSZA, TYM LEPSZA
Wiedza i Życie nr 9/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2001

Powieszenie na haku za żebro, wbicie na pal, spalenie. Przez wieki karę śmierci powszechnie uważano za najbardziej skuteczną, a im była krwawsza, tym lepszą miała być przestrogą dla przestępców.

W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, nie wykonuje się już kary śmierci. Dziś dla większości z nas jest ona tylko tematem publicystycznych programów, przedmiotem sondaży i statystycznych badań. O tej najsroższej ze wszystkich kar przypomniało światu wykonanie wyroku na Amerykaninie Timothym McVeighu. O tym zdarzeniu pisano jako o spektaklu i medialnym show. Ale przecież człowiek zawsze lubił oglądać cierpienie i śmierć, kiedyś nawet nie udając zażenowania. Dawniej egzekucja była wielkim widowiskiem, które przyciągało mieszkańców miasta i okolic. W jej dniu przekupki zamykały kramy, dzieci zwalniano od nauki, a bardziej zapobiegliwi wykupywali miejsca w oknach z widokiem na szafot. O straconych rozmawiano jeszcze kilka miesięcy później, a pamięć o wielu przetrwała do dziś - wszystkim znana jest śmierć Janosika powieszonego na haku, Kostki Napierskiego wbitego na pal czy też tortury zadawane Piekarskiemu, który stał się bohaterem przysłowia ze względu na niedorzeczności, jakie plótł podczas mąk.

W Polsce przedrozbiorowej kara śmierci uchodziła za jedną z najbardziej skutecznych sankcji w walce z przestępczością. Eliminowała raz na zawsze tych, którzy ośmielili się złamać prawo, uwalniała społeczeństwo od ludzi zdegenerowanych, stanowiących zagrożenie, morderców, zdrajców... Wykonywana na oczach tłumu stawała się przestrogą dla potencjalnych przestępców. Dlatego egzekucji dokonywano publicznie.

Katalog krwawych sankcji, jakimi dysponowali sędziowie, był bardzo obszerny; w przypadku czynów o mniejszym natężeniu złej woli i niższej społecznej szkodliwości wymierzano tzw. zwykłe kary śmierci, do których należało ścięcie, utopienie, powieszenie i rozstrzelanie. W pozostałych przypadkach stosowano kary kwalifikowane, takie jak: wbicie na pal, zakopanie żywcem, wypuszczenie jelit, spalenie, powieszenie na haku za żebro lub rozszarpanie końmi...

Niekiedy i te wydawały się sędziom zbyt łagodne, wtedy orzekali oni kilka kar, mających następować po sobie. W takim przypadku skrupulatnie określano ich kolejność, tak aby stracenie stało się nie lada widowiskiem dla publiczności. Przykładem takiej rozbudowanej i szczegółowo ułożonej egzekucji może być ta, która odbyła się w Krakowie w 1667 roku. Jej ofiarą padł niejaki Antoni Stocki, skazany na śmierć za zabójstwo rodziców. Najpierw dłonie ucięto mu na pniu, potem targano pierś rozpalonymi do czerwoności kleszczami, z pleców zdarto cztery pasy skóry. Potem wywieziono za miasto pod szubienicę, tam łamano kości w rękach i nogach, aż w końcu na kole od wozu przywiązanego podniesiono, gdzie tkwić miał nie pochowany do zupełnego rozkładu.

Przygotowania do egzekucji rozpoczynano po wydaniu wyroku. Żyjący w XVI wieku pisarz i prawnik B. Groicki zalecał, by nie spieszyć się z tym zbytnio i tracić skazańca dopiero na trzeci dzień od chwili ogłoszenia werdyktu, tak aby "czas miał ku wyspowiedaniu, [...] wyznaniu a rozpamiętywaniu grzechów swych". Z praktyki wiadomo, że zasady tej nie przestrzegano, co wynikało z obawy, iż winny może uciec, popełnić samobójstwo lub mieć uchylony wyrok, dzięki interwencji możnych protektorów.

Dodatkowo poważnym zagrożeniem dla wyroku były żony władców i inne możne damy, które wypraszały u swych mężów darowanie sprawcom kary. Te praktyki miłosierdzia, choć miłe Bogu, ograniczały skuteczność prawa karnego, dlatego też zaczęto w aktach prawnych wydawać zakazy ich stosowania. Przykładem tego może być ustawa miejska z 1468 roku wprowadzona w Krakowie. Niewątpliwie najbardziej znaną z tej działalności była św. Jadwiga, żona Henryka Brodatego, która - jak podają legendy - potrafiła w sposób cudowny przywracać do życia nawet tych, na których wykonano już wyrok śmierci...

Groicki nakazywał, aby: "Gdy już [...] kat ma złoczyńcę wieść na to miejsce, na którym ma być skaran, ma być wołano przede wszemi ludźmi i oznajmiano mocą a z poruczeniem zwierzchniego urzędu [...], żeby żaden nie śmiał katowi niwczym przeszkadzać ani się nań rzucać". Ta praktyka "obwołania" wyroku miała na celu poinformowanie mieszkańców, tak aby następnie nikt nie śmiał przeszkadzać "mistrzowi", zarzucając mu samosąd. Niestety, jak utyskuje dalej Groicki - "tu w Polszcze tego nie czynią, bo się nie zda za potrzebne".

Po wyspowiadaniu skazanego odprowadzano przy dźwiękach dzwonów na miejsce kaźni. Pochód otwierał mężczyzna niosący krzyż (tak było w Krakowie, Poznaniu), dalej szli oskarżyciele, woźny, kat, eskorta, skazany, a na końcu zawsze liczny tłum gapiów. Gdy osądzony po torturach nie mógł poruszać się o własnych siłach, co zdarzało się nader często, wieziono go na wozie. Podobnie czyniono z czarownicami, które nie mogły dotykać stopami ziemi. Wierzono bowiem, że przez kontakt z nią nabierają mocy, dzięki czemu potrafią czarować. Był to nie lada problem, czarownica "mogła", używając swej siły, udaremnić egzekucję lub ściągnąć na kata nieszczęście złym wzrokiem.

Jeszcze innym razem sędziowie orzekali wleczenie końmi, co było obostrzeniem kary śmierci. Sposób ten niejednokrotnie wystarczał, aby pozbawić skazanego życia jeszcze przed wykonaniem właściwej kary, w szczególności gdy wyznaczone miejsce straceń znajdowało się daleko poza miastem. Duże miasta miały kilka miejsc egzekucji. Starano się je ustanawiać na obszarach przestronnych, tak aby mogły pomieścić rzesze widzów. Jednym z najważniejszych było to znajdujące się poza murami miasta. Lokowano je w pewnej odległości, o ile było to możliwe na wzgórzu. Dzięki takiemu położeniu wystawione na widok publiczny zwłoki były widoczne z daleka dla przybyszów, stając się przestrogą na wypadek, gdyby chcieli łamać prawo.

Innym miejscem egzekucji był rynek. Niekiedy rezygnowano z udziału publiczności podczas tracenia i dokonywano tego sekretnie wewnątrz ratusza. Działo się tak m.in. w przypadku, gdy wydający wyrok nie byli do końca przekonani o jego słuszności i obawiali się protestów niezadowolonego tłumu. Jak wynika ze źródeł, protesty czasem były bardzo gwałtowne. Na przykład w 1501 roku Wiedeńczycy niezadowoleni z orzeczenia sądu zabili kata. Nieco lepszy los spotkał "mistrza" praskiego, który został jedynie dotkliwie pobity kamieniami.

Niepubliczne wykonanie wyroku mogło być także wyrazem łaski sędziów wobec skazanego (oczywiście pochodzącego z wysokiego rodu), któremu w ten sposób oszczędzano wścibskiego wzroku tłumu, a często także wyzwisk.

Prawo, z jednej strony surowe i okrutne, z drugiej potrafiło być bardzo pobłażliwe. Niejednokrotnie odstępowano od wymierzenia kary ze względu na niepomyślny przebieg egzekucji (zerwanie się stryczka, zadanie przez kata chybionego ciosu mieczem). Praktyka ta opierała się na prastarym przekonaniu, że boska opatrzność czuwa nad ziemską sprawiedliwością i nie pozwala na tracenie niewinnych, dając ludziom różne znaki. Jeszcze w XVIII wieku pisarz i prawnik J. Czechowicz zalecał ułaskawianie tych, którzy się zerwą z powroza. W księdze cudów sióstr Prezentek z Krakowa pod rokiem 1633 napisano o cudownym wybawieniu od "srogiej śmierci" pewnego więźnia rodem z Prus za wstawiennictwem Najświętszej Panny, "której się oddawał" przed egzekucją. Jego kajdany, które spadły z rąk, oglądać możemy zawieszone obok ołtarza w kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.

Dziś nie sposób dociec, ile w tych cudownych wybawieniach było ręki człowieka. Nie należały bowiem do rzadkości przypadki, w których kat za stosownym wynagrodzeniem inscenizował całe zajście. Tak było m.in. podczas tracenia niejakiego Bonieckiego w Warszawie w 1585 roku. Jak podają źródła, szedł on "na miejsce naznaczone śmiele i bezpiecznie, a uczyniwszy wprzód do wszystkich ludzi piękną rzecz, na placu klęknął". Zgodnie z umową mistrz cios źle wymierzył "nie zadawszy rany większej, co by się albo trzy, albo dwa palce okryć mogły". Na to właśnie czekali towarzysze Bonieckiego, aby wydostać go z miejsca egzekucji.

Uwolnienie od kary śmierci mogło nastąpić także w zamian za podjęcie się przez skazanego katowskiego rzemiosła. Tu inicjatywa wychodziła bądź od niego, bądź od samego kata. I tak też np. Stanisław Kukowicz z Serocka skazany za "złoczyństwo" poprosił o darowanie mu życia, obiecując, że będzie wykonywał to zajęcie. Prośbie uczyniono zadość. "Jego miłość pan dziedziczny kazał go gardłem darować i wypuścić rozkazał, a nowo powołany kat zobowiązał się mieszkać stale w Lewartowie i bez zezwolenia dziedzica lub urzędu miejskiego nigdzie się nie wynajmować (do pracy), co jeśliby uczynił, żeby swawolnie odszedł, ma być wzięty jako obowiązany winowaty i według jego zasługi karany. Został [...] Kukowicz na czterech rogach ratusza obwołany na mistrza miejskiego".

Na oswobodzenie przez kata mogły liczyć także kobiety, w tym przypadku jednak nie chodziło o podjęcie się tego krwawego rzemiosła, ale o wyjście za mąż za swego oswobodziciela. Dla kata, żyjącego poza nawiasem społeczeństwa, był to często jedyny sposób znalezienia sobie małżonki. W źródłach niejednokrotnie jednak pisano o niewiastach, które wolały położyć głowę pod miecz niż zostać panią katową.

Istniał też dawny zwyczaj, według którego niezamężna niewiasta mogła obietnicą małżeństwa uratować życie skazanemu, czego symbolicznie dokonywała przez zarzucenie na głowę chusty (podwiki). Tu zazwyczaj wymagano, aby niewiasta była uczciwa. Motyw ten wykorzystał w "Krzyżakach" Henryk Sienkiewicz. Do sceny tej wdarła się jednak pewna nieścisłość, praktyka ta pojawiła się bowiem w naszym kraju dopiero później i jak się zdaje pod wpływem prawa niemieckiego. Z nowosądeckich ksiąg ławniczych dowiadujemy się, że niejaki Urban Krupa prosił sąd o ścięcie (czyli najłagodniejszą z kar) bądź o to, jak sam mówił, "żeby która z dzieweczek mnie uprosiła, której będę dożywotnim przyjacielem".

Z czasem władze coraz rzadziej przystawały na podobne praktyki, czyniące przestępcę bezkarnym. I tak też podczas egzekucji w 1684 roku odmówiono uwolnienia skazańca, doszło do szarpaniny, w wyniku której skazaniec wraz z kandydatką do zamążpójścia tak kata poturbowali, że ten niedługo potem zmarł. Jak podaje Jan Stanisław Bystroń, etnograf i historyk: "Jeszcze około roku 1800 dziewczyna z białą chustą i kwiatem piwonii próbowała uwolnić skazańca w Krakowie, oczywiście bezskutecznie". Zwyczaj ten, praktykowany ze zmiennym szczęściem wśród mieszczan i chłopów, utrzymywał się na naszych ziemiach do XVIII wieku.

Dokumenty milczą, jak układało się pożycie niewiast z takimi mężami z przypadku. Chyba nie zawsze dobrze, skoro z bieckich akt grodzkich z 1622 roku dowiadujemy się o zamordowaniu Jagnieszki przez Macieja Podkówkę, którego to "skazanego na śmierć o złodziejstwo jawnie miłosierdziem i sercem chrześcijańskim zdjęta odprosiła [...] na męża z rąk katowskich".

Zdarzały się też przypadki darowania życia Żydom, jeżeli zgodzili się na przyjęcie chrztu i zmianę wiary. Znacznie częściej jednak łagodzono im jedynie wyrok śmierci, np. zamieniając spalenie na ścięcie. Jak pisze w swoich pamiętnikach wojewoda miński Zawisza, w 1711 roku pewien Żyd, pisarz celny Lemko Ulfowicz za zdzierstwa w urzędzie skazany został na powieszenie, "ale ułagodziła wyrok cudowna opatrzność boska, bo we śnie upomniany, aby został chrześcijaninem, spełnił rozkaz Boży, łagodniej dekretowany ścięciem [...], bardzo przykładnie i z wielką skruchą egzekwowany zginął, pochowany w kościele Franciszkanów".

Pochówku najczęściej dokonywał kat. Miasto zapewniało opiekę duchownego (ze statystyki wynika, że najczęściej był to kapucyn), który udzielał spowiedzi, odprowadzał na miejsce kaźni i sakramenta administrował". Dbano też, aby skazany w swoim ostatnim dniu wyglądał schludnie, stąd w księgach rejestrujących miejskie wydatki można przeczytać o zakupie białych śmiertelnych koszul.

W XVIII wieku w całej Europie zaczęto ostro krytykować ogromną surowość prawa karnego i występować przeciwko publicznemu wykonywaniu wyroków śmierci. Zwracano przy tym uwagę, że bynajmniej nie zapobiega to skutecznie przestępczości, ale jedynie przyzwyczaja społeczeństwo do widoku krwi i okrucieństwa. Postulowano zniesienie karalności czynów o wątpliwej społecznej szkodliwości, takich jak czary, usiłowanie samobójstwa, sodomia, herezja. Żądano odebrania sędziom prawa do swobodnego decydowania o życiu skazanego. Uważano, że powinni mieć oni możliwość orzekania kar, w tym kary śmierci jedynie w przypadkach przewidzianych przez przepis (nulla poena sine lege).

To pociągało za sobą konieczność stworzenia wyczerpujących kodeksów, obejmujących wszystkie przestępstwa. Miały one zastąpić dotychczasowe prawo oparte na tradycji i zwyczaju, często w ogóle nie spisane. Dość szybko idee te zaczęto urzeczywistniać, jeszcze w tym samym wieku wydane zostały w Europie pierwsze kodeksy. Jednym z najbardziej postępowych był tzw. Kodeks Leopoldina, obowiązujący w Wielkim Księstwie Toskańskim (od 1786 roku), który znosił wszelkie kary cielesne, w tym karę śmierci. W Polsce, niestety, mimo podejmowanych starań nie udało się uchwalić kompletnego zbioru praw. Próby te ostatecznie przerwały rozbiory, a państwa zaborcze zaczęły wdrażać własne przepisy. Na ostateczne rozwiązanie problemu musieliśmy więc czekać jeszcze wiele lat. Kary śmierci nie przewiduje kodeks karny z 1997 roku, wcześniej, po wprowadzeniu pod koniec lat osiemdziesiątych tzw. moratorium, też nie była już wykonywana.

Mgr AGNIESZKA LISAK ukończyła Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim.