Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - SKĄD TYLE GNIEWU?
Wiedza i Życie nr 9/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/2001

Prawie na samym początku "Eneidy" Wergiliusz pyta: "Tantaene animis caelestibus irae?" ("Skąd tyle gniewu w niebiańskich duszach?").

Rozmawiając niedawno z panem S. o publicznych sprawach Najjaśniejszej, usłyszałem, co następuje:

Niczego nowego panu, młody człowieku (zawsze mnie to paraliżuje, gdy mimo mej siwizny pan S. używa tej inwokacji, czyni to zresztą chyba rozmyślnie), nie powiem, przypominając, że w królestwie zwierząt demonstracyjnie agresywne zachowanie jest postawą obronną. Ani lew, ani orzeł, ani szczur nawet nie puszą się przed ofiarą, przed zadaniem śmiertelnego ciosu nie wydają zbędnych dźwięków. Groźnie warczący pies wcale nie ostrzega przed atakiem, po prostu chce odstraszyć wroga, którego się sam boi; ewidentnie słabszych intruzów atakuje bez uprzedniej "demonstracji siły". Dość podobnie dzieje się wtedy, gdy młody samiec chce uzyskać prawa do haremu. To on właśnie, a nie dotychczasowy pasza, rozpoczyna taniec godowy, ryczy, stroszy pióra (by wydać się większy), szczerzy kły, słowem zachowuje się agresywnie. Dominującą przeto w rodzimych kręgach politycznych agresję można zrozumieć (chyba nie myśli pan, że "zrozumieć" znaczy "aprobować"!) jako atawizm świadczący o generalnej słabości polityków, jako przejaw panującego wśród nich strachu, obawy wszystkich przed wszystkimi i wszystkim, w najlepszym razie z domieszką zaburzeń hormonalnych wynikających z okresu (politycznego) pokwitania, które u tego szczególnego gatunku1 trwa nadzwyczaj długo i przebiega nader boleśnie.

Trudniej jednak zrozumieć, skąd bierze się ten wszechobecny lęk, a także dlaczego politycy wszelkiej maści popadają w nierozwiązywalne konflikty etyczne.

Etyka, jak pan na pewno wie, jest właściwa tylko homo sapiens sapiens. Jeśli czasem przykleja się etyczne etykietki tym czy innym wzorcom behawioralnym innych zwierząt, zawsze jest to tylko przenośnia, jak - nie przymierzając - owo przysłowie niedźwiedzie o przyjaciołach poznawanych w biedzie. Jako nie mający przyrodniczego pierwowzoru czysty wytwór ludzkiego umysłu, etyka powinna pozostawać w harmonijnej zgodzie z podobnymi tworami, w tym - z logiką. (Gwoli kontrastu, np. erotykę zwalnia od obowiązku ścisłej harmonii z logiką2 istnienie przyrodniczego prototypu: popędu płciowego; przyroda nie musi być "logiczna" i na szczęście! - nie jest.)

Trochę się zagubiłem, nie nadążałem za biegiem myśli pana S. Traf jednak chciał, że oderwałem wzrok od gałki jego laski, w którą od chwili wpatrywałem się dość intensywnie i spojrzałem nieco dalej. Drugą stroną alejki szła wspaniała dziewczyna w kusej spódniczce; wszystko stało się jasne. Tymczasem pan S. ciągnął dalej:

Sprzeczne samo w sobie jest np. pojęcie godziwego wynagrodzenia, jakie politycy chcą pobierać za pełnienie swych funkcji. Cóż bowiem może być prawdziwie godziwym wynagrodzeniem męża stanu, który ratuje kraj przed wielkim nieszczęściem, lub zapewnia mu wielki dobrobyt? nic, poza wieńcem laurowym w dniu złożenia funkcji i pomnikiem na pięknym placu po dokonaniu szczytnego żywota. Każda inna forma wynagrodzenia czyni z męża stanu kondotiera, najmitę (by nie rzec: najemnika), który za ustalony jurgielt podejmuje się wypełniać takie czy inne czynności. Ale jeśli politycy są na jurgielcie, to - volens nolens - staje się oczywiste, że można kupić ich czas, zdolności, pracę itp. Pytanie, czy można również kupić ich lojalność, jest logiczną konsekwencją uznania faktu, że politycy są na sprzedaż (do wynajęcia za godziwe wynagrodzenie).

Często powtarzana (nie tylko nad Wisłą) teoryjka głosi, że polityków należy opłacać tak dobrze, by nie ulegali pokusom brania postronnych gratyfikacji widzi pan, jak wytwornych używam słów? Śmiechu warte! To niby co, istnieje taka kwota wynagrodzenia, powyżej której polityk będzie cnotliwy jak westalka, ale zapłacić mu o 10% mniej i już będzie Messaliną? A jeśli mimo zmniejszenia apanaży o 10% nadal będzie uczciwy, to po co przepłacać? A jeśli uwodziciel zaproponuje sto razy więcej niż owo mityczne godziwe wynagrodzenie, to polityk ulegnie? Głosiciele tej teoryjki nie zdaliby u mnie egzaminu ani z logiki, ani z etyki. Sama idea skwantyfikowania uczciwości jest humorystyczna.

Proszę zauważyć, że w trakcie wiosennej awantury o gaże członków pewnego publicznego gremium, bez żenady szermowano argumentem, że w podobnych prywatnych gremiach zarobki są wyższe. Znowu całkowity brak logiki. Jeśli bowiem uznajemy, że to właśnie wysokość uposażenia decyduje o tym, iż ktoś przyjmuje lub nie przyjmuje stanowiska w gremium publicznym, tym samym przyznajemy, że ten ktoś jest do kupienia i nie ma już żadnej podstawy sądzić, że jego publiczne postępowanie nie jest skutkiem dodatkowej premii, płaconej "pod stołem".

Daleki jestem od naiwnego idealizmu starożytnych demokracji, w których politycy nie pobierali żadnych wynagrodzeń materialnych (ale łapówki, owszem, zdarzało się, oj, zdarzało!). Nie chcę też pana zanudzać przykładami ze współczesności, kiedy powoływani na urząd państwowy kapitanowie wielkich korporacji rezygnują z milionowych apanaży i za godziwe wynagrodzenie uznają 1 dolar rocznie. Nie uważam też wcale, że polityką mogą się zajmować wyłącznie osoby posiadające niezależne źródła utrzymania. Ale kiedy parlamentarna Komisja Etyki (!) uznaje, że przez cztery lata posłowania każdy cnotliwy poseł może odłożyć ze swych poselskich dochodów więcej, niż wynosi suma czteroletnich przeciętnych zarobków w Polsce, trudno oprzeć się wrażeniu, że politykowanie to świetny interes. I przestaję się dziwić, że politycy unisono popadają w straszny gniew, gdy o ich zarobkach zaczyna się głośno mówić.

Argument, że osobom pełniącym wysokie funkcje publiczne należą się wysokie zarobki, bo inaczej będą brać łapówki albo pracować dla konkurencji, jest zabójczy dla morale klasy politycznej. Jest on także przejawem wyjątkowej hipokryzji w kraju, w którym przez polityków ustalane (bezpośrednio lub pośrednio) maksymalne legalne zarobki świetnego chirurga, światowej sławy profesora pracującego w publicznej szkole wyższej czy znakomitego aktora nie trwoniącego swego image w durnych reklamach stanowią drobny ułamek tego, co mogliby zarobić "na świecie", wykonując dokładnie to samo, co tu, między Bugiem i Odrą. Mało który z krajowych polityków ma jakąkolwiek samodzielną wartość na globalnym rynku pracy, dalibóg nie widać żadnego powodu, by ich zarobki przyrównywać do światowych, a nie do tych, które - w wyniku działań polityków - mają współobywatele.

Dalszych wywodów pana S. nie przytaczam: dla jednych byłyby zbyt profetyczne, dla innych - zbyt oszczercze.

Bardzo dawno temu odwiedziłem po raz pierwszy pewien kraj skandynawski, w którym wtedy można było zostawić na ulicy walizkę i po kilku godzinach znaleźć ją nienaruszoną, w tym samym miejscu (co najwyżej przeniesioną pod najbliższy okap, jeśli padał deszcz). Powiedziano mi wtedy, że każdy może zatelefonować do ichniego urzędu skarbowego i dowiedzieć się, ile zarabia i ile podatku płaci dowolnie wskazany obywatel. Pamiętam, że zapytałem (z drwiną w głosie wynikającą z niedowierzania), czy dotyczy to również dochodów króla. W odpowiedzi usłyszałem krótkie "oczywiście". Dziś w tym samym, choć znacznie zliberalizowanym i "zeuropeizowanym" kraju nie radzę nikomu zostawiać walizki na ulicy, ale informacje o osobistych dochodach obywateli można równie łatwo uzyskać. I (jeszcze?) nikt się o to nie gniewa.

1 Jak sądzę, pan S. miał na myśli gatunek homo politicus polonicus, tak specyficzny, jak choroba plica polonica (kołtun); należy jednak zauważyć, że Zygmunt Gloger w "Encyklopedii staropolskiej" twierdzi, iż kołtun dotarł do Polski z Zachodu.

2 Na jednym z pierwszych normalnie eksploatowanych brytyjskich komputerów, Mercurym, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia widniał napis: "When love prevails logic fails, so the computer was made neuter" ("Gdy miłość przeważa logika zawodzi, dlatego komputer zrobiono bezpłciowy").