Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - JUŻ BYŁ W OGRÓDKU, JUŻ WITAŁ SIĘ Z GĄSKĄ...
Wiedza i Życie nr 10/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/2001

Na przełomie tysiącleci całą prasę obiegła wiadomość o skatalogowaniu ludzkiego genomu. Tony farby drukarskiej zużyto na laurki, zastępy dyżurnych utytułowanych komentatorów prasowych i telewizyjnych piały peany "ku czci", przekonywano, że teraz już tylko krok dzieli nas od nowego, wspaniałego świata bez raka, demencji, stwardnienia rozsianego, łysych, grubych i kretynów.

Upłynęło mało wiele czasu i podnoszą się głosy, że katalog zawiera luki (może nawet 30%), a także fałszywe dane. Może tak, może nie, na dwoje babka wróżyła - opinia publiczna nie ma żadnej szansy samodzielnie dojść prawdy. Możemy tylko kibicować sporom ekspertów, pamiętając, że reprezentują oni interesy konkurujących potentatów przemysłu biotechnolo.

Konsekwentnie realizowana zasada ograniczania publicznego mecenatu nad badaniami naukowymi na rzecz sponsoringu ze strony bogatych firm prywatnych spowodowała, że w dziedzinach rokujących krociowe zyski z bezwzględnej eksploatacji praw patentowych trudniej dziś o niezależnego eksperta z dobrze wyposażonym laboratorium niż o dziewicę w przemyśle rozrywkowym.

Uzależnienie uczonych od komercyjnych interesów niejedną ma postać. Przyjmując milionowe kontrakty badawcze, podpisują oni cyrografy, uzależniające prawo publikowania wyników od zgody sponsora, a treść publikacji - od aprobaty jego cenzorów. Nie przyjmując takich kontraktów, stają się pariasami społeczności akademickiej, bo uczelnie i instytuty badawcze w dużym stopniu uzależniły się już od narzutów i prowizji od kontraktów zawieranych przez uczonych. A kto wypluje knebel założony przez sponsora, nawet jeśli - powołując się na stan wyższej konieczności - uniknie kary za złamanie kontraktu, nie znajdzie już zatrudnienia w żadnym ośrodku naukowym dbającym o dobre kontakty ze światem businessu, czyli nie znajdzie go nigdzie, bo koncerny mają długie ręce, tym dłuższe, im większe konto. Są wreszcie uczeni pracujący w ośrodkach zbyt słabych, by budzić zainteresowanie wielkiego businessu. Ci mogą być niezależni i pewno uważają się za takowych, tyle tylko, że ich wiedza volens nolens pochodzi z drugiej ręki, co w naukach eksperymentalnych, wobec - delikatnie powiedziawszy - stronniczości pochopnych publikacji oryginalnych, uniemożliwia zajęcie merytorycznego stanowiska w sporze, choć nie przeszkadza ogłaszaniu komentarzy w prasie i telewizji, a niektórych wręcz do tego zachęca.

Bezwzględna pogoń za lukratywnym patentem to kiepski doradca w badaniach naukowych, choć znakomity kij i marchewka w laboratoriach firmowych. Surowica przeciw wściekliźnie i penicylina powstały jednak w trakcie badań finansowanych ze środków publicznych, a uratowały więcej istnień ludzkich niż wszystkie opatentowane wynalazki firm biotechnolo. Przyjacielska, nieformalna i mało kosztowna współpraca grupy niezależnych uczonych z Niemiec, Francji, Anglii i Danii dała światu fizykę kwantową, której stulecie właśnie świętujemy. Wynikiem takiej rangi nie może się poszczycić żadne konsorcjum powołane z namaszczenia rządowych i międzynarodowych organizacji w celu popierania współpracy, interdyscyplinarności, "wiodących kierunków" itp., mimo miliardowych kwot, którymi smaruje się ich tryby, żądając jednocześnie, by prowadziły swe prace w rytm ustalonych cyklów budżetowych. Już nie wewnętrzne kryteria jakościowe, nie naturalna powściągliwość i nie mniej naturalna niechęć ogłaszania niedostatecznie zweryfikowanego wyniku, lecz konieczność zamknięcia tematu publikacjami przed końcem kontraktu i chęć zajęcia lepszego miejsca w kolejce do kasy określają "taktykę" badań naukowych.

Doświadczenie dziejowe wskazuje, że najefektywniejsze badania, a już na pewno badania podstawowe, prowadzą niezależni uczeni, regularnie finansowani ze środków publicznych, pracujący w dobrze wyposażonym środowisku akademickim, wolnym od komercyjnych nacisków i presji cyklów budżetowych, ale za to respektującym zasady jawności i nieskrępowanej krytyki fachowej. Tyle tylko, że wizja niezależnego uczonego z dobrze wyposażonym laboratorium jest groźna dla korporacji, chciwych zysku za wszelką cenę, w tym za cenę przemilczeń i fałszu. Jednocześnie taka wizja staje się obiektem ataku tub propagandowych wynajmowanych przez wielki business i w imię "słusznych racji" przez tuby głoszonych - politycy, sami często bez reszty uzależnieni od wyborczych datków businessu, robią wszystko, by ta wizja odeszła na dobre do historii. Nie przystaje ona bowiem (podobnie jak rzetelna nauka!) do głoszonej wiary w uniwersalną optymalność większościowej demokracji i nieomylność niewidzialnej ręki rynku.

Spór o to, czy genom człowieka znamy dokładnie, czy tylko prawie dokładnie, ma kolosalne znaczenie praktyczne. Nie można bowiem wykluczyć, że pominięcie jednego, jedynego genu, przy przeświadczeniu, że dysponujemy pełną informacją o genomie, spowoduje błędną interpretację funkcji innego lub grupy innych genów. Naiwnością jest sądzić, do czego niestety skłania nas popularna prasa, że geny odgrywają swoje role solo, bez wzajemnej korelacji, a tym samym, że właściwości organizmu są niezależne jedne od drugich. (Czasem tak jest, ale chyba są to sytuacje wyjątkowo proste i może dlatego w dotychczasowych badaniach one głównie dały się wykryć.)

Przypuśćmy na przykład, że istnieje para genów, które w specyficzny sposób łącznie wpływają na nasz organizm, ale znany jest tylko jeden z nich, zaś istnienia drugiego (genu-satelity) nawet nie podejrzewamy, bo święcie wierzymy w to, że skatalogowany został cały genom. Mutacje satelity uniemożliwią w takiej sytuacji prawidłowe określenie roli (funkcji) znanego genu. Co więcej, jeśli mutacje satelity będą dużo rzadsze niż znanego genu, z wielkim prawdopodobieństwem można się spodziewać, że wpływ całej pary zostanie przypisany temu ostatniemu. Jeśli na takiej mylnej, lecz wobec wiary w kompletność genomu niemożliwej do zweryfikowania konkluzji oprze się np. pomysł terapii medycznej, będzie ona nieskuteczna, a może nawet szkodliwa dla osób, u których wystąpiła (rzadka) mutacja nieznanego genu-satelity z przykładowej pary. Tak więc skatalogowanie genomu człowieka w 99,9% nie jest wielkim sukcesem, a może okazać się wielką klęską, jeśli kanonem wiedzy praktycznej stanie się przekonanie o tym, że kilka niezidentyfikowanych genów nie stanowi problemu. Ponadto przecież od dawna wiemy, że poszczególni ludzie mają różne komplety genów, inaczej wszyscy bylibyśmy np. wysokimi, kędzierzawymi blondynami z piwnymi oczyma. Samo pojęcie typowego kompletu, czyli genomu, jest dość problematyczne: dość dużo zależy od tego, które geny uzna się za "nietypowe". Ludzkość bardzo wiele zawdzięcza indywidualnym drobnym różnorodnościom genetycznym; jak - w niezbyt odległym kontekście - powiadają Francuzi: Vive la petite différence!