Twoja wyszukiwarka

BOGDAN ŻURAWSKI
UMRZEĆ JAK GLADIATOR?
Wiedza i Życie nr 11/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/2001

Najbardziej podobał się cios ostatni, po którym jeden z walczących padał na arenę. Publiczność czekała na ten moment.

Otwarcie Amfiteatru Flawiuszów, czyli Koloseum, w 80 roku n.e. było najdłuższą, najkosztowniejszą i najbardziej krwawą imprezą w historii... rozrywki.

Spektakl urządzony przez cesarza Tytusa trwał sto dni i pochłonął lwią część oszczędności jego ojca, Wespazjana. Syn jednak mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że impreza się udała - zginęło pięć tysięcy zwierząt i kilka tysięcy ludzi. Spektakl zaczął się rano barwnym korowodem, który był jednocześnie procesją religijną, defiladą wojskową i przemarszem cyrku. Lud Rzymu oszalał, gdy pojawiły się główne gwiazdy - gladiatorzy, prowadzeni przez lanistów, czyli trenerów.

Gladiatorzy (nazwa pochodzi od łac. gladius - miecz), z polska zwani niegdyś wysiekaczami, szli podzieleni na specjalności. Procesję otwierali andobaci, którzy walczyli konno, dalej maszerowali retiarii. Byli to sieciarze (ich broń stanowiły trójzęby, a przeciwnika łowili w sieć), następnie szli secutores, ich przeciwnicy, uzbrojeni w miecze, byli też najbardziej popularni i lubiani Trakowie w greckich strojach z małymi, okrągłymi tarczami (ich siłą była kocia zwinność i nieprawdopodobny refleks). Przemarsz zamykali potężni hoplomachowie, zakuci w zbroję, z wielkimi tarczami. W takim stroju, choć osłonięci przed ciosami, nie byli tak zwinni, upały i zmęczenie powalały ich na arenę równie często jak miecze przeciwników. Każde pojawienie się gladiatorów wywoływało zbiorową histerię, podobną do tej, w jaką dziś wpadają nastolatki na koncertach swych idoli. Nie bez kozery pewna inskrypcja ze starożytnych Pompejów nazywa tamtejszego herosa areny sospirium puellarum, czyli westchnieniem dziewcząt.

W tych pierwszych zawodowych sportowcach i mordercach zarazem było coś, co bardzo silnie trafiało do podświadomości tłumu. Wybierano ich spośród niewolników, jeńców wojennych i skazańców; byli między nimi też ludzie wolni. Jak wyglądali? Istnieje kilka portretów ulubieńców rzymskiej publiczności; z mozaik przechowywanych dziś w Villa Borghese w Rzymie patrzą na nas osobnicy jakby wyjęci z kartotek policyjnych. Z potężnych karków wyrastają im malutkie główki o niskich czołach i krótko przystrzyżonych włosach. Niektórych z tych "półbogów" znamy z imienia: Musclosus, Spikulus - to bożyszcza uwielbiane w nie mniejszym stopniu niż dziś czempioni boksu.

Gladiatorzy występowali po bestiariusach, zawodowych pogromcach i łowcach dzikich zwierząt. Wchodzili dwójkami, robili rundę honorową, posyłając uśmiechy, całusy i pokłony, następnie zatrzymywali się przed lożą cesarską, gdzie skandowali: Ave Caesar imperator, morituri te salutant ("Bądź zdrów cesarzu imperatorze, pozdrawiają cię mający umrzeć"). Po tym wstępie cesarz schodził na arenę, by osobiście sprawdzić ostrość mieczy. Miało to zapobiec częstym mistyfikacjom, markowaniu walki, ustalaniu z góry zwycięzców i pokonanych. Bywało bowiem, że gladiatorzy wcześniej się zmawiali, używali tępych mieczy, fingowali uderzenia, stosowali niedozwolone uniki. Przebiegu samych walk doglądali cesarscy "sędziowie".

Na takie okazje, jak otwarcie Koloseum czy igrzyska urządzone przez cesarza Trajana po jego zwycięskich wojnach z Dakami (107 rok n.e.), ściągano najlepszych uczniów ze szkół gladiatorskich rozsianych po całym cesarstwie. Walczyli mistrzowie, najmniejszy błąd kosztował więc życie. Rzymski plebs znał się na walce - to, co gdzie indziej nagrodzono by oklaskami, tu mogło zostać wygwizdane. Tłum reagował jak na współczesnym meczu bokserskim. Jedni dopingowali na przykład Traków, inni ciężkich od nałożonego na nich żelaza hoplomachów. Gdy walczyli ulubieńcy, amfiteatr skandował ich imiona. Atmosferę podgrzewali muzycy, ulokowani za lożą cesarską.

Na arenie dozwolone było prawie wszystko, "sędziowie" rzadko reagowali. Widowni najbardziej podobał się cios ostatni, po którym jeden z walczących walił się na arenę. To był moment, na który czekała publiczność mogła teraz pokazać swoją siłę, decydować o życiu lub śmierci. Trębacze dawali znak, aby wstrzymać walkę. Zwycięzca posłusznie odstępował od pokonanego i stawał obok niego. Powalony na ziemię odrzucał tarczę i wznosił w górę wskazujący palec lewej ręki, błagając o litość. Decydujący głos zawsze należał do cesarza, ale ten bardzo rzadko postępował wbrew woli ludu. Gdy publiczność życzyła sobie, aby pokonany przeżył, las kciuków podnosił się w górę. By zginął - kciuki kierowano ku ziemi.

Pokonani gladiatorzy opuszczali amfiteatr przez dwie bramy: Porta Scavinaria była dla tych, którym widzowie darowali życie, a Porta Libitinensis dla martwych. Cicero, mąż stanu i filozof żyjący w I wieku p.n.e., zachęcał Rzymian, aby od gladiatorów uczyli się umierać jak prawdziwi mężczyźni. Jak umierać - śmierć na arenie powinna być zadana i przyjęta w sposób godny - pokazywano im w szkołach i była to najważniejsza i najtrudniejsza umiejętność.

Gdy gladiator padł martwy, zaczynał się makabryczny rytuał. Przy dźwiękach muzyki wynurzali się jak spod ziemi czarni niewolnicy w szatach Charuna, etruskiego demona śmierci z rogami na głowie, i z ogromnymi młotami w dłoniach. Rozpoczynali upiorny taniec, podczas którego miażdżyli poległym czaszki. Kiedy skończyli, znikali w czeluściach areny, a na ich miejsce pojawiali się inni niewolnicy, odziani w strój Merkurego, przewodnika dusz zmarłych w zaświatach. Ci wbijali w ciała zabitych haki i przy wtórze piszczałek, trąb i bicia w bębny wywlekali je przez Bramę Libityńską, która swoją nazwę wzięła od Libityny - rzymskiej bogini pogrzebów.

Ale pogrzebu gladiatorzy zwykle nie mieli. Na stelę nagrobną i godziwy pochówek mogli sobie pozwolić tylko nieliczni. Większość po prostu wywlekano z areny do kostnicy, która znajdowała się przy każdym amfiteatrze. Zwała się ona spoliarium, co przełożone na polski znaczyłoby "odzieralnia" (łac. spolio, spoliare - odzierać z ubrania, łupić). Zgodnie z nazwą, ciało poległego gladiatora odzierano tam ze zbroi i ubrania, wyrywano mu zęby, obcinano palce i inne członki. Krew zbierano do specjalnego naczynia. Doczesne szczątki gladiatorów były bowiem uznawane za swoiste relikwie, które miały leczyć z przeróżnych chorób, odstraszać złe moce, odpędzać duchy, odżegnywać uroki, wzmagać płodność, dodawać wigoru.

Wysiekacz w oczach Rzymian i Rzymianek był żywym bóstwem płodności, męskiej siły witalnej, jurności, odwagi oraz - co dziwne - szczęścia i pomyślności. Świeża krew gladiatora uchodziła za sprawdzony afrodyzjak. U mężczyzn leczyła impotencję, u kobiet niepłodność i niektóre choroby kobiece. Pokrojone szaty i fragmenty uzbrojenia chroniły ponoć od złego oka. Narzeczona, której włosy rozczesano okrwawioną włócznią poległego na arenie, mogła być pewna małżeńskiego szczęścia. W cenie były też włosy, zęby i palce gladiatorów, a przede wszystkim te intymne części ciała, które każdy gladiator posiadał, niestety, tylko w jednym egzemplarzu.

Gdy zdarzyło się, że mimo przebicia mieczem, miażdżenia czaszki i włóczenia hakami nieszczęśnik dawał jeszcze jakieś znaki życia, nikt go w spoliarium nie ratował, nie wzywał medyka. Odwrotnie - do obowiązków tamtejszego personelu należało poderżnięcie mu gardła. Skazany z woli ludu na śmierć nie miał bowiem prawa żyć. Następnie ciała trafiały do wielkich, głębokich dołów wykopanych tuż obok amfiteatru, między trupy zabitych zwierząt. Po osiemnastu wiekach, gdy archeolodzy rozkopali jeden z takich rowów, smród dochodzący z głębi był tak wielki, że nawet najodporniejsi robotnicy odmówili dalszej pracy.

Ci, którym się udało zwyciężyć, nagradzani byli gałązkami palmowymi, symbolem zwycięstwa, i pieniędzmi w ilości zagwarantowanej kontraktem. Owi pierwsi zawodowi sportowcy zarabiali całkiem nieźle - dopóki dopisywało im szczęście na arenie.

Jedne z pierwszych igrzysk urządzono w 264 roku p.n.e. w czasie pogrzebu Brutusa Pery, Rzymianina, o którym nic więcej nie wiemy ponad to, że za jego duszę dali się posiekać trzej gladiatorzy, a ich krew była ofiarą dla zmarłego. Data owa wyznacza początek "ery" walk gladiatorskich w Rzymie, później rozpowszechnionych w imperium. Długo gladiatorów nazywano bustiarii, ludźmi stosu pogrzebowego. Najmowano ich tak jak płaczki i płacono niewiele więcej. Żaden znaczący pogrzeb nie mógł się odbyć bez ich krwi.

Krainą gladiatorów była Kampania, dawna posiadłość etruska. Tradycję walk też przypisuje się Etruskom. To tam najwcześniej walki straciły swój pogrzebowy charakter i powstały pierwsze szkoły kształcące wysiekaczy. W kampańskich Pompejach archeolodzy odkopali spod popiołu wielką szkołę gladiatorów, która aż do zagłady miasta w 79 roku n.e. przygotowywała zawodników dla miejscowego amfiteatru. Znaleziono tam aż 68 sypialni, skarbiec, zbrojownię, apartamenty lanisty oraz więzienie, w którym w chwili wybuchu Wezuwiusza przebywało czterech "lokatorów". A oprócz tego: 15 hełmów, 14 nagolenników, 5 pasów i... obwieszoną klejnotami bogatą pompejankę, którą wybuch wulkanu zastał w sypialni gladiatora.

To najulubieńsze widowisko Rzymian w okresie cesarstwa było potępiane przez chrześcijan za wyjątkowe okrucieństwo. Oficjalnie zniósł je cesarz Konstantyn Wielki na początku IV wieku, a niedługo potem cesarz Honoriusz wydał zakaz jego organizowania. O gladiatorach zapomniano na wieki.

Dr BOGDAN ŻURAWSKI, archeolog, pracuje w Zakładzie Archeologii Śródziemnomorskiej Polskiej Akademii Nauk.