Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SZCZYPTA SOLI - KTO JEST MĄDRY PO SZKODZIE?
Wiedza i Życie nr 11/2001
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/2001

Schodzące wody powodzi odsłoniły nienasyconym, sępim oczom kamer telewizyjnych obfite żerowisko pełne ludzkiego nieszczęścia i biedy. Lepsze ujęcia pokazywano wielokrotnie, ale i te mniej udane przyciągały widza: przyjemnie bowiem jest, siedząc w suchym pokoju, wzruszać się do łez losem bezzębnej babiny, której woda zabrała ostatnie dwie kury. To ci dopiero reality show!

I nikt nie krytykuje, że się wzruszamy, ba, chwalą nas, że dary składamy, no to damy, damy, prawie tyle, ile zapłaciliśmy, głosując w dwu turach wyborów na ulubieńca kretynów. Więc pogłębiając koleiny w rozmiękłym asfalcie, pojechały dary ciężarówkami po zatłoczonych szosach: Kryniczanka ze Szczecina w Sądeckie, Nałęczowianka z Wrocławia na Lubelszczyznę, szprot w oleju z Krakowa do Gdańska. Że prościej i sprawniej byłoby posłać pieniądze? No tak, ale zgrzewka mineralnej jest dużo bardziej fotogeniczna niż 10 złotych!

Za odbudowę, lepszą czy gorszą, zapłaci budżet, czyli podatnicy, wcale nie my wszyscy, tylko ci z nas, którzy płacą podatki. Powodzianie AD MMI w ogromnej większości podatków nie płacą. Na nieśmiało1 stawiane pytanie o ubezpieczenia pada pełna wyrozumiałości odpowiedź: ci ludzie są za biedni, żeby opłacać składki. Bieda, którą odsłoniły opadające wody, nie przyszła z falą powodziową.

Bardzo wielu rolników w naszej Ojczyźnie nie stać na ubezpieczenie domu, obejścia, żywego i martwego inwentarza, tak jak nie stać ich na zakup odpowiednich środków produkcji i higieny, na rozsądne ubezpieczenia zdrowotne ani emerytalne. Innymi słowy, nie stać na samodzielną egzystencję ekonomiczną. To wielki i smutny problem, którym z radością podzielimy się kiedyś z Europą, ale na razie muszą go dźwigać ci, którzy płacą w Polsce podatki. Trudno, pokolenia na to zapracowały, za wszelką cenę chroniąc i jednocześnie rozdrabniając rodzinne gospodarstwa rolne, na budowle socjalizmu wysysając ze wsi całą wartość dodaną, obowiązkowymi dostawami i domiarami uniemożliwiając akumulację, to i pokolenia muszą odpracować. Dobrze by tylko było nie powtarzać rzewnych bajek o tych, co to "żywią y bronią". Po pierwsze, nie są to bowiem dwa czasowniki w trzeciej osobie liczby mnogiej czasu teraźniejszego, ale dwa rzeczowniki w narzędniku liczby pojedynczej2. A po drugie, to podatnicy żywią, marnie bo marnie, ale jednak żywią tych, których nie stać na samodzielną egzystencję ekonomiczną i w miarę możliwości bronią ich przed paskudnym, choć dalibóg niezawinionym losem.

Obrona co prawda posuwa się niekiedy ciut-ciut za daleko, na przykład powierzając ster największych instytucji ubezpieczeniowych ludziom z wyuczonego fachu łagodnym i dobrym, lekarzom i polonistom. Kształcenie w tych zawodach tradycyjnie jest takie, by wrażliwych dusz broń Boże nie narazić na żadne matematyczne cierpienia; lekarzy jeszcze (pewno na zajęciach z etyki) douczają, jak z mikrych dochodów postawić willę i kupić stadninę, ale polonistów to już chyba nie. No i jest, jak jest.

Corocznym zwyczajem Towarzystwo, największy ubezpieczyciel, podnosi wysokość składki OC: obowiązkowego ubezpieczenia właścicieli pojazdów mechanicznych od odpowiedzialności cywilnej. Fałszywa argumentacja nie zmienia się od dziesięcioleci: wzrost liczby wypadków i straty Towarzystwa. Liczba wypadków3 istotnie stale się zwiększa, ale wzrasta też liczba zarejestrowanych samochodów, wahnięcia ilorazu wypadki/samochody są niewielkie i nie zdarzyło się jeszcze, żeby przy jego zmniejszeniu obniżono wysokość składki. A co do strat, to suma składek corocznie przewyższa sumę wypłacanych odszkodowań o ładne kilkaset milionów złotych. Jeśli Towarzystwo rzeczywiście ponosi z tego tytułu straty, to musi mieć horrendalne koszty własne. Opary absurdu przenikają cały interes: wysokość składki uzależniono od miejsca zamieszkania i i - w niektórych przypadkach - od stanu zdrowia właściciela oraz od pojemności silnika samochodu. Prawdopodobieństwo wypadków zależy zaś głównie od wieku i płci osoby kierującej, w mniejszym stopniu - od jej stanu rodzinnego i prawie nie zależy od tych czynników, od których uzależniona jest wysokość składki. Wypadki drogowe najczęściej powodują bezdzietni mężczyźni w wieku poniżej 30 lat; za szkody spowodowane przez kierowców z tej właśnie kategorii Towarzystwo wypłaca największą część odszkodowań, całkiem niezależnie od tego, gdzie mieszka właściciel samochodu, którym kierował sprawca. (W małym miasteczku czy na wsi zdarza się rzeczywiście mniej wypadków niż w Warszawie czy Trójmieście, ale tam jest znacznie mniej samochodów, przypominam, że ryzyko jest funkcją ilorazu4 tych dwu liczb!)

Na parkingu osiedla, gdzie mieszkam (obrzeże Warszawy), w dni powszednie co drugi nocujący samochód ma rejestrację z dalekiej prowincji. Albo jest zarejestrowany na dziadka (najlepiej inwalidę wojennego), albo właściciel sam jest tam zameldowany, choć pracuje i mieszka - co mu na szczęście wolno! - w Warszawie. Przy "dobrym" układzie taki dwudziestoparoletni mężczyzna stanu wolnego płaci składkę OC o połowę mniejszą niż jeżdżący po tych samych ulicach identycznym, ale zarejestrowanym w Warszawie, autem 45-letni ojciec dwojga dzieci, mimo że ze statystyki wynika, iż ten młodszy stwarza dwukrotnie większe ryzyko ubezpieczeniowe. Nawiasem mówiąc, wedle chorej logiki Towarzystwa każdy wypadek spowodowany w Warszawie przez kierowcę samochodu zarejestrowanego na prowincji wpływa na... zwiększenie wysokości składek płaconych przez właścicieli aut zarejestrowanych w Warszawie. Wedle tej samej logiki właściciel malucha płaci za ubezpieczenie OC mniej niż właściciel rolls-royce'a, mimo że gdy maluch zarysuje tylko rolls-royce'a Towarzystwo zapłaci więcej, niż gdy rolls-royce skasuje malucha, i mimo że rolls-royce'em zazwyczaj kieruje wytrawny szofer, a maluchem często nabuzowany młodzik.

"Zgodne ze społecznym poczuciem sprawiedliwości" rozwiązanie problemu odziedziczonego po epoce real-socjalizmu jest trudne, choć nie niemożliwe (uzależnienie wysokości składki od liczby i wieku "uprawnionych" kierowców, wprowadzenie analogu "zielonej karty" dla samochodów zarejestrowanych na prowincji a poruszających się w obszarach intensywnego ruchu). Prostsze rozwiązanie polega na odrzuceniu ulg dla prowincjonalnych rejestracji. To właśnie rozwiązanie zastosowały z powodzeniem zagraniczne firmy wchodzące na polski rynek, ubezpieczając właścicieli w sposób pakietowy, tj. OC, AC i "zielona karta" w jednym ubezpieczeniu. Taki pakiet kosztuje tyle samo w całej Polsce i o dobre 30% mniej niż odpowiedni pakiet kupiony w Towarzystwie dla samochodu zarejestrowanego w Warszawie.

Ludzie kompleksowo ubezpieczający swoje auta przenoszą się do nowych firm ubezpieczeniowych. W Towarzystwie pozostaje procentowo coraz więcej ryzykantów z wyboru nie ubezpieczających się od strat własnych (AC) i ludzi, których nie stać na takie ubezpieczenie. Nietrudno policzyć, że na tak wyselekcjonowanej populacji ubezpieczonych coraz trudniej zarobić bez ostrego podnoszenia składek OC. Zapewne przyjdzie taki moment, gdy ze względu na powszechność zjawiska trzeba będzie sięgnąć do opodatkowania wszystkich właścicieli aut, by spłacać straty powodowane przez biedniejszych (jak już się dzieje w przypadku strat powodowanych przez automobilistów unikających obowiązkowego ubezpieczenia, przy czym oni sami ponoszą raczej symboliczną karę).

Na tym przykładzie doskonale widać, jak się pracuje na powstanie sytuacji bez wyjścia. Za kilka lat okaże się, że straty komunikacyjne powodują i ponoszą głównie ci, których nie stać na odpowiednie ubezpieczenie. I po wzruszających reportażach w TV będzie nam ich okropnie żal.

1 Premier, który kiedyś głośno o tym mówił, za swój nietakt zapłacił polityczną głową.
2 Życiem i orężem.
3 Liczba wypadków jest zresztą całkiem bez znaczenia, liczy się suma odszkodowań wypłacanych poszkodowanym, a jedna kasacja limuzyny jest dużo większym wydatkiem niż naprawa rozbitych reflektorów w stu maluchach.
4 W przybliżeniu; w rzeczywistości zależy od wielu innych czynników (np. średniego rocznego przebiegu), ale i one są całkowicie ignorowane przez Towarzystwo.